Pokazywanie postów oznaczonych etykietą decoupage. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą decoupage. Pokaż wszystkie posty
Koszyczek z niespodzianką

Koszyczek z niespodzianką

Koszyczek z niespodzianką, czyli połączenie decoupage ze scrapbookingiem - papierowy koszyczek, a wewnątrz reliefowe zdekupowane jajka :)



Słonecznej pogody i Wesołych Świąt!

Pomarańczowy rower

Pomarańczowy rower

Wbrew tytułowi dzisiejsza notka wcale nie będzie o cyklistach :) A w sumie szkoda! Bohaterem dzisiejszego wpisu są proste, ale radosne kolczyki a'la plasterki pomarańczy. A czemu rower? Ano, bo wyglądają jak dwa kółka od roweru :) W zasadzie ani nie jest to decoupage, ani tym bardziej scrapbooking, za to z pewnością rękodzieło, bo własnoręcznie farbą paćkane. Zanim więc nastanie jesienna plucha i szarość, zanim zasypie nas całkiem na biało - ostatni łyk słońca w pięknej leśnej scenerii.

Tu rower wdzięcznie zawieszony na gałęzi drzewa zażywa słonecznej kąpieli:


A tutaj plasterek w uchu właścicielki (mam nadzieję, że zadowolonej). 


Kolczyki zrobiłam dosłownie w parę godzin, bo mi się nagle ubzdurało, że pasować będą do prezentu. Żadna z nich rewelacja, ale przynajmniej wyglądają na energetyczne :)
No, to dużo słońca Wam życzę!


Historia pewnej kury i dwóch jajek

Historia pewnej kury i dwóch jajek

Dzisiejszy wpis będzie długi i rozwlekły oraz zawierać będzie stanowczo za dużo zdjęć :) Wszystko dlatego, że będzie wpisem zbiorczym, opowiadającym historię przedmiotów widocznych na fotografii poniżej.


Ale zacznijmy od początku. Dawno, dawno temu, gdy byłam jeszcze raczkującą dekupażystką, zamarzyło mi się zrobienie styropianowego jaja. Motywem przewodnim na jaju miały być elementy wycięte z serwetki - kura i kogut. Z kogutem jakoś sobie poradziłam, za to kura okazała się okropnie wrednym ptaszyskiem, które w ogóle nie chciało ze mną współpracować. Kurze stopy krzywo się przykleiły i paskudnie podwinęły do środka, skutkiem czego kura wyglądała jak po paraliżu. Chcąc uratować moje jajo złapałam za Modellier Gras, specyfik imitujący źdźbła trawy i zapaćkałam cały dół jajka łącznie z kurzymi stopami. Tak, posiadam zdjęcie tego szkaradzieństwa, więc bez problemu można ocenić żałosne efekty mojej pracy. 


Takiej ohydki oczywiście nie mogłam nikomu podarować, więc jajo latami leżało wciśnięte w kącie szafy, raz na jakiś czas przywoływane na pamięć przez moje Szczęście, które do owej kury przejawiało zadziwiający sentyment. Tego roku postanowiłam ponownie zmierzyć się z jajami, ale w bardziej poważnej formie - miały być eleganckie panie, reliefy i przecierki. I z jakim efektem? Gdy tylko zasiadłam do pracy, od razu usłyszałam sakramentalne pytanie: A będzie jakaś kura? Przejrzałam więc moje zasoby serwetkowe i paskudne ptaszysko dalej tam było, w dodatku w dwóch egzemplarzach. No to wzięłam byka (znaczy tę kurę) za rogi (mówcie, co chcecie, ona na pewno te rogi gdzieś ma, diablica jedna!) no i zrobiłam specjalnie dla mojego Szczęścia wielkie jajo, na którym bezczelnie zezująca okiem kura jest głównym, centralnym elementem.



Serwetka mi się zużyła, więc koszmarnej kury więcej nie będzie, przepadło :) Oczywiście zrobiłam też inne reliefowe jaja, ale o nich napiszę innym razem, bo dziś zajmujemy się jedynie rzeczami, które na swój wpis czekały lata ;)

Kolejnym klamotem, który pałętał mi się nie skończony po domu, było jajo-szkatułka. Zaczęłam je dłubać ze dwa lata temu, ale nie miałam kompletnie pomysłu na pokrywkę, więc kurzyło się tylko na półce. Wreszcie się zlitowałam i po prostu potraktowałam je różanym papierem ryżowym, dołożyłam gałeczkę i białe zawijaski. I wreszcie mogłam postawić sobie szkatułkę wypełnioną słodkościami na stole :)


Szkatułka jest styropianowa, posiada ręcznie robione nóżki (tylko kompletnie nie pamiętam z czego je zwijałam), a wewnątrz wyklejona jest mozaiką z preparatu Modellier Creme. Mieści całkiem sporo czekoladek (na zdjęciu większość została już wyjedzona) i bez problemu utrzymuje cały ten słodki ciężar, nawet jeśli jest wypełniona po brzegi :)



Na koniec wrzucam jedyne wiosenne jajo akrylowe, jakie udało mi się zmontować. Robiłam je równie dawno, jak szkatułkę, jednak nigdy nie doczekało się wpisu. Dziś się rehabilituję - pstryknęłam fotki i proszę bardzo - z jaja uśmiecha się radosna królicza grupka.


Króliczki kupiłam gotowe, są to zwykłe plastikowe figurki, dość krzywe i niezbyt starannie odlane. Jedyne, co zmieniłam, to kolorystykę - przetarłam je lekko papierem ściernym i pomalowałam na nowo, porządnymi farbkami modelarskimi Vallejo Model Color. A że malować figurek nie umiem, więc wyszło jak wyszło, ale przynajmniej króliczki paskudnie się nie błyszczą.



No i to chyba koniec tego długiego, wielkanocnego wpisu. Czuję satysfakcję, że uporałam się z zaległościami i teraz w spokoju mogę oddać się tworzeniu jakiegoś nowego badziewia :) Do następnego wpisu zatem!


Różany chustecznik (znowu)

Różany chustecznik (znowu)

Odgrażałam się, że róże to nie moja tematyka, a tu proszę - kolejny chustecznik w kolczaste kwiecie, w dodatku masakrycznie różowe :) Prezent dla przyszywanej babci, mam nadzieję, że niebawem trafi w jej ręce, przynajmniej będę się bardzo starała (tylko muszę dostać urlop).


 Góra chustecznika pomalowana jest białą strukturalną farbą, na to motyw, a obok wycinankowe zawijaski, uprzednio potraktowane kolorem brązowym.


Dół bejcowany na brązowo, z pojedyncznym białym zawijasem dla kontrastu. Na styku obydwu kolorów nakleiłam wąską śnieżnobiałą koronkę.


Wykończenie matowe, lakierem "Touch me", bo ostatnio niczego innego nie używam. Miało być skromnie, romantycznie i "babciowo". Mam nadzieję, że się udało :)

Exploding box z niespodzianką dla dziewczynki

Exploding box z niespodzianką dla dziewczynki

Dziś zdjęcia różowego pudełeczka dla dziewczynki. Gwoli ścisłości to pierwszy exploding box, jaki udało mi się stworzyć, tyle tylko, że dopiero teraz doczekał się biedak zdjęć. A ponieważ jest pierwszy - do ideału dużo mu brakuje, co tu i ówdzie na zdjęciach widać.


Wnętrze nie jest zbyt wyszukane - ot, parę motylków, kwiatków i ręcznie wypisane etykietki. Totalna zbieranina :)


Najwięcej problemu miałam z przezroczystym stojakiem na kolczyki, który nie bardzo chciał współpracować. Wreszcie po wielu bojach ujarzmiłam go siłą i godnością osobistą ;) Na stojaku zawisł prezent - drewniane kolczyki z żółwikiem Littlest Pet Shop, którego dziewczynka podobno uwielbia.


Nie mam pojęcia, czy tej wielkości kolczyki w ogóle nadają się dla dziewczynek, niestety, nie udało mi się znaleźć żadnych mniejszych. Trudno, najwyżej nie będzie ich nosić, ale będzie je mieć ;)


Miłego wieczoru!

Chustecznik z różami

Chustecznik z różami

Chociaż róże nie są moim ulubionym motywem zdobniczym, czasem zdarza mi się coś z nimi stworzyć, jak choćby poniższy chustecznik. Może dlatego, że osoba, dla której powstał, czerwone róże akurat lubi. Chustecznik zaczęłam dłubać zanim jeszcze złamałam sobie łapę, ale kończyłam już po, bo wiadomo, żem nierychliwa w robocie :) Na szczęście machanie pędzlem można wykonywać także lewą ręką, a i dla prawej nie jest to za trudne. Za to żmudne, jak każde lakierowanie w decoupage.

Na całe szczęście dałam się w końcu przekonać do lakieru "Touch me" i szczerze przyznam, że jest on wart swej ceny. Nałożyłam na koniec tylko dwie warstwy i to w zupełności wystarczyło. Chustecznik zrobił się absolutnie matowy, gładki i taki lekko meszasty w dotyku. Znaczy aksamitny :) Lakier jest idealny jako wykończenie i zła jestem sama na siebie, że dopiero teraz go odkryłam. Za to na pewno będę odtąd często po niego sięgać :)

No to czas na zdjęcia chustecznika dla przyszywanej cioci:







Kogel-moogiel

Kogel-moogiel

Dawno nie zaglądałam na bloga, ale nie czuję się specjalnie winna - pogoda jest taka, że lepiej odgniatać tyłek na siodełku rowerowym niż dyszeć z gorąca nad kolejną warstwą lakieru. Doszłam do wniosku, że dekupażowe i pokrewne hobby nadaje się wyłącznie na miesiące jesienno-zimowo-wiosenne, latem zaś winno się wziąć od tego wszystkiego urlop :) Niemniej czasem sytuacja zmusza, by przysiąść pomimo skwaru i coś tam podłubać.

I tak powstał Mooglowy komplet dla zdeklarowanej fanki Final Fantasy łącznie ze wszystkimi przyległościami. Dla niewtajemniczonych: ten cały Moogiel, a właściwie Moogle to coś na kształt kota ze skrzydełkami jak u nietoperza i z pomponem nad czołem. W sumie dziwi mnie popularność tego stwora, bo co może być fajnego we wnerwiającym futrzaku, bezustannie powtarzającym "kupo"? Niemniej kociszcze znane jest każdemu finalowemu zapaleńcowi, a nawet doczekało się sporej liczby małych i trochę większych następców. U mnie Moogle wystąpiły w wersji podstawowej, na bardzo nieskomplikowanych kolczykach i bransoletce. Jako pomponików użyłam filcowych kuleczek, po które musiałam jechać na drugi koniec miasta, ale warto było :)


"Swój ciągnie do swego" - choć całe to drewno miało posłużyć człowiekowi, okazało się, że na kocią mordkę również pasuje. W rolę testera i kontrolera jakości wcieliła się Tifa:


A tu już pełnoprawna właścicielka prezentująca komplet na tle malowniczej zieleni:


Obydwie modelki wyraziły zgodę na publikację wizerunku, za co winna im jestem podziękowania :) Drugiej modelce dziękuję podwójnie, nie tylko za pozowanie, ale też za użyczenie własnych zdjęć kompletu, gdyż własnych zapomniałam popełnić :)


Before&After - część IV: dziadkowa niciarka

Before&After - część IV: dziadkowa niciarka

Bohaterem dzisiejszej notki jest niciarka. Prawdę mówiąc, nie wiem, jak poprawnie nazywa się to ustrojstwo: niciak czy niciarka, przyjmijmy dla potrzeb bloga jednak wersję drugą, bo bardziej mi się podoba :) Niciarka dostała mi się w spadku po dziadku i od pierwszego wejrzenia zapałałam do niej szczerą niechęcią. Bo to nie była żadna niciarka, o nie. Był to wyrób ludowy barwy ponurej. Co zresztą widać na zdjęciu poniżej.

Paskudztwo owe, pokryte złuszczającą się farbą, bliżej nieokreślonymi paćkami brudu oraz zastarzałym kurzem, prezentowało się żałośnie i gdyby nie było drewniane, zapewne stałoby się bezdomne w trybie natychmiastowym. Ale że z drewna było, to nim się zamachnęłam do kosza, oko zjechało mi tu i ówdzie, także do surowego wnętrza.

No i tak jakoś, po trosze z lojalności względem dziadkowego dziedzictwa, a po trosze z dekupatorskiego zacięcia, spędziłam nad tym pudłem trochę czasu i na złość parszywej szarzyźnie i kurzowi, obdarowałam niciarkę truskawkami, a co! Niechże ma coś od życia :)

Wnętrza nie udało mi się porządnie doczyścić, więc z lenistwa zabejcowałam je na ciemny kolor. Przynajmniej brudu nie widać. Wierzch pomalowany jest na kremowo, na to truskawkowy motyw z serwetki. Ponieważ od początku wiedziałam, że nikomu tego bubla wciskać nie będę, tylko tworzę wyłącznie dla siebie, domazałam truskawkom zielone trawska i zawijaski.

Dolne i górne krawędzie dostały czerwonych rumieńców, a "wieczka" zostały potraktowane krakiem. Przewiązałam je też zieloną wstążką i doczepiłam kokardki.

Górne truskawki były dużo większe od tych na bokach, dlatego mogłam dodatkowo ozdobić owoce wypukłymi "pestkami". Pestki zrobiłam złotą konturówką.

No i nieszczęsny uchwyt, na który do końca nie miałam pomysłu. Był odrobinę wypaczony i pęknięty, więc po pomalowaniu na czerwono, dostał bandaż z czerwonej wstążki i na zachętę domotałam mu jeszcze kokardę z truskawkowym guzikiem. Od razu go wyprostowało i nie widać, żeby cierpiał na jakieś schorzenia ;)

Wreszcie mogę bez wstrętu zawiesić oko na dziadkowej niciarce :) To nic, że kopie po oczach czerwone na przemian z zielonym. Przynajmniej optymistycznie wygląda i już nie straszy ponurą facjatą :)

Komódka dla babci

Komódka dla babci

Dzisiaj zdjęcia komódki, którą w ramach akcji "własnoręcznie zróbmy prezent dla kogoś bliskiego" stworzyłyśmy wspólnie z Emoonią. Komódka trafiła w ręce zaskoczonej i niczego nie spodziewającej się babci, jako podziękowanie za nieocenioną pomoc w życiowej sytuacji :) Komódka wygląda tak:

Początkowo komódka miała być biała w czerwone maki, mieć czerwone nóżki i gałeczki, ale z uwagi na brak makowych serwetek odpowiednich dla gabarytów mebelka, dostały mu się żółte i różowe kwiatuszki niewiadomego pochodzenia (anemony? jaskry?). Do tego złote gałeczki, takież same tło dla szufladek i zielone nóżki (wyszły trochę za jaskrawe, ale trudno).

Tło nie było cieniowane, bo w takim gąszczu habazia byłoby to dość trudne. Pokusiłam się tylko o drobne złote maźnięcia tu i ówdzie na listkach i łodyżkach. Niestety, jak zwykle nie widać :)

Na koniec wspomnę, że nóżki mają od spodu filcowe podbicie, taki meblowy "antyrysowacz". Oczywiście nigdzie nie mogłam dostać zielonego filcu pasującego kolorystycznie i przylepiłam szary. Pasuje jak świni siodło, ale na bezrybiu i rak ryba. Na szczęście babcia spodu nie oglądała :)

Komplet a'la Elektryczna Pomarańcza

Komplet a'la Elektryczna Pomarańcza

Za oknem zimno, szaro i ponuro, a mnie rano trudno jest zwlec się z łóżka i najchętniej spałabym całymi dniami. W ramach terapii kolorami wrzucam więc zdjęcia drewnianego kompletu, który jakiś czas temu wykonałam. Z założenia miał być żarówiasty i dawać niezbędnego kopa energetycznego. Wyszła taka oto elektryczna pomarańcza:

Koraliki, które wykorzystałam do wisiorka i kolczyków, kupiłam w Empiku (warte odnotowania, bo bardzo rzadko zdarza mi się cokolwiek dekupażowego tam kupować). Koraliki są bardzo fajne, drewniane, w nasyconych kolorach. Sztukowane są jedynie ciemnożółte - były cytrynowe i wyglądały głupio, więc przemalowałam :)

Motyw na całości jest z serwetki, wykończenie moim ulubionym szklącym lakierem, a kropelki z przezroczystych perlen penów. No dobra, gdzieniegdzie musiałam podmalować na pomarańczowo, niestety trochę widać (ach, ta niewprawna ręka!).

Może to się wydawać dziwne, ale ja ten komplet noszę :) Mam taką jedną kraciatą spódnicę w kolorze pomarańczowym, do której ta pstrokacizna nawet pasuje. Zdjęcia poglądowego nie zamieszczam, bo mam tylko jedno, wykonane telefonem, w dodatku nie widać na nim w ogóle spódnicy, za to świecę dekoltem, a on jest zdecydowanie nie w temacie :P


Błyskawiczna herbaciarka

Błyskawiczna herbaciarka

Najlepszym prezentem dla dawno nie widzianej przyjaciółki będzie coś zdłubanego własnoręcznie, czego wyżej wymieniona z pewnością się nie spodziewa. Będąc święcie przekonana o prawdziwości tej tezy postanowiłam zrobić optymistyczną, kolorową, na przekór zimie odrobinę wiosenną, herbaciarkę. Problem w tym, że miałam bardzo mało czasu. Koniec końców powstało robione na kolanie i w wariackim tempie pudełeczko, które wygląda następująco:

Herbaciarka na całości ma serwetkowy wzór nakładany metodą "na żelazko". Był to mój żelazkowy debiut i z zachwytem stwierdziłam, że to bardzo fajna sprawa, bo wreszcie nie marszczą mi się duże motywy. Gorzej poszło ze środkiem, gdzie kleiłam tradycyjnie, na pędzel. Wyszło tak żałośnie, że postanowiłam dla własnego zdrowia psychicznego nie wrzucać zdjęcia :) Dlatego na kolejnym ponownie widać wieczko i boczki, całość dodatkowo ozdobiona listkami bluszczu z pasty Modellier Creme i złotymi naklejkami, tu i ówdzie.

Siedząca we mnie sroka czuje się usatysfakcjonowana - jest pstrokato i błyszcząco, aż zęby bolą :) Gdyby nie niedoróbki w środku, pudełeczko byłoby całkiem udane.

Before&atfer - część III: słoiki z przeszłością

Before&atfer - część III: słoiki z przeszłością

Dawno, dawno temu, gdy jeszcze mieszkałam w domu rodzinnym postanowiłam, że kiedyś, gdy będę mieć własne mieszkanie, w mojej przestronnej, jasnej kuchni przez całą szerokość ściany rozciągać się będzie półeczka, a na niej stać będą słoiki z przyprawami. Wszystkie jednakowej wielkości, z ładnymi kolorowymi etykietkami, w ilości znacznie przekraczającej przeciętną normalnego polskiego domu.

Cóż, mieszkanie, w którym obecnie mieszkam, nie jest jeszcze moje. Usilnie staram się, by moim pozostało, ale to zapewne potrwa jeszcze długie lata. Słoików z przyprawami jednak nie umiałam sobie odmówić. I tu przechodzimy do sedna sprawy. Początkowo przyprawy miały swoje miejsce w słoiczkach po kawie Tchibo. Ładne, proste słoiki z granatową nakrętką były pojemne i wydawały się wprost stworzone do tego celu. Niestety, kolekcja skończyła się na kilkunastu sztukach, bo wkrótce Tchibo wprowadziło nowe opakowania, może i w ciekawszej formie, za to do przechowywania zielska i ziarenek zupełnie nieprzydatne.

Potrzeba, jak wiadomo, jest matką wynalazku. Zaczęłam więc używać tego, co miałam pod ręką, a potem rozesłałam wici wśród rodziny i znajomych. I tak na mój dom spadł w krótkim czasie istny grad charakterystycznych słoików z zieloną nakrętką:


Ku mojej uciesze takie słoiki można znaleźć w prawie każdym sklepie. Mało tego, mają wciąż ten sam dizajn. Uzbierało się ich już tyle, że nawet gdybym coś stłukła, albo odkryła kolejną egzotyczną przyprawę, pojemnik zawsze się znajdzie :) Gorzej z miejscem na parapecie, bo tam wchodzą tylko 33 sztuki. Resztę trzeba na razie upychać po kątach. Postawiłam na prostotę i zdekupowałam jedynie nakrętki. Słoiki są często używane, macane paluchami i przestawiane, dlatego musiały być w miarę praktyczne. Tak wygląda część mojej kolekcji:

Na pokrywkę położyłam dwie warstwy podkładu i trzy farby akrylowej. Na to nakleiłam zwykłą kartkę wydruku laserowego, odpowiednio przyciętą do powierzchni i całość zabezpieczyłam kilkoma warstwami lakieru szklącego. Śliska powierzchnia nie łapie zbyt dużo brudu i łatwo ją zmyć choćby pod kranem.

Kolekcja powoli rośnie, ku mojej wielkiej radości i zgrozie rodziny, a ja zastanawiam się, skąd wytrzasnąć tak pojemną półeczkę...
Obiecany talerz

Obiecany talerz

Od rana dłubię, wycinam i kleję, a od ilości pomysłów spuchł mi łeb. Ponieważ skończyły mi się dostępne materiały (drżyj, Chomiku!) postanowiłam skorzystać z wolnej chwili i wrzucić zdjęcia obiecanego talerza. Z góry uprzedzam, to nie jest żadne cudo, to mój pierwszy eksperyment z krakiem dwuskładnikowym. Choćby z tego powodu cieniowanie motywu zupełnie leży i wygląda jak kupa.

Za to sam krak wyszedł całkiem nieźle, a wypełnione złotą porporiną spękania zaspokoiły moją sroczą potrzebą pstrokacizny. Średnio to wszystko do siebie pasuje, ale co tam! Latającego talerza z tego nie zrobię, posłuży za to jako patera na słodkości.


Kolejny talerz czeka w kolejce, a następny mam nadzieję wcisnąć w twórcze łapy mojej samokrytycznej siostry. Niecierpliwie czekam na wspólne krakanie :)
Before&after: część II - toaletka

Before&after: część II - toaletka

Całkiem niedawno wygrzebałam w tanich ciuchach dość leciwą mini-toaletkę. Albo szkatułkę na biżuterię, jak kto woli. Rupieć wyglądał następująco:

Skrzyneczka była w dość kiepskim stanie - miała urwane zawiasy, utłuczony bok szufladki i ogólnie wyglądała niezbyt zachęcająco. Zapewne dlatego kosztowała jedynie 10 zł.

Pomyślałam sobie, że warto poświęcić rupieciowi trochę czasu, bo ma spory potencjał i jeszcze może wyglądać całkiem przyzwoicie. Zaszpachlowałam dziury, przemalowałam skrzyneczkę na jasny kolor i ozdobiłam motywem różanym (to chyba moja pierwsza praca o tej tematyce). Gotowa toaletka wygląda tak:

Zrobiłam też pierwsze podejście do past modelarskich i wewnętrzne lustereczko postanowiłam ozdobić listkami. Wyszło trochę średnio, ale też masa nie bardzo chciała ze mną współpracować. Listki odrobinę postarzyłam, żeby nie straszyły śnieżną bielą w oczy. Na poniższym zdjęciu skrzyneczka pozuje z moją indyjską biżuterią. Pasuje to do siebie jak do świni siodło, ale niestety nie posiadam czegoś bardziej odpowiedniego stylowo, jakichś pereł czy srebra :)

Był to też mój pierwszy raz z cieniowaniem kolorami. Jest to dość czasochłonne, ale widzę, że warto, obrazki faktycznie zyskują na głębi i wyrazistości. Z pewnością nie jest to moje ostatnie cieniowanie w tej technice.

Skrzyneczka stała się prezentem dla rodziny. Nowa właścicielka powiedziała: "Ojeeeej, jakie to ładne, będę z nią spać i nie oddam!". I tak stary klamot zyskał na nowo funkcję użytkową, a ja poczułam dziką satysfakcję, że wydatnie mu w tym pomogłam :)
Copyright © 2016 Rzekotka - blog scrapbookingowy , Blogger