Z okazji Chrztu Świętego
4 godziny temu
Paskudztwo owe, pokryte złuszczającą się farbą, bliżej nieokreślonymi paćkami brudu oraz zastarzałym kurzem, prezentowało się żałośnie i gdyby nie było drewniane, zapewne stałoby się bezdomne w trybie natychmiastowym. Ale że z drewna było, to nim się zamachnęłam do kosza, oko zjechało mi tu i ówdzie, także do surowego wnętrza.
No i tak jakoś, po trosze z lojalności względem dziadkowego dziedzictwa, a po trosze z dekupatorskiego zacięcia, spędziłam nad tym pudłem trochę czasu i na złość parszywej szarzyźnie i kurzowi, obdarowałam niciarkę truskawkami, a co! Niechże ma coś od życia :)
Wnętrza nie udało mi się porządnie doczyścić, więc z lenistwa zabejcowałam je na ciemny kolor. Przynajmniej brudu nie widać. Wierzch pomalowany jest na kremowo, na to truskawkowy motyw z serwetki. Ponieważ od początku wiedziałam, że nikomu tego bubla wciskać nie będę, tylko tworzę wyłącznie dla siebie, domazałam truskawkom zielone trawska i zawijaski.
Dolne i górne krawędzie dostały czerwonych rumieńców, a "wieczka" zostały potraktowane krakiem. Przewiązałam je też zieloną wstążką i doczepiłam kokardki.
Górne truskawki były dużo większe od tych na bokach, dlatego mogłam dodatkowo ozdobić owoce wypukłymi "pestkami". Pestki zrobiłam złotą konturówką.
No i nieszczęsny uchwyt, na który do końca nie miałam pomysłu. Był odrobinę wypaczony i pęknięty, więc po pomalowaniu na czerwono, dostał bandaż z czerwonej wstążki i na zachętę domotałam mu jeszcze kokardę z truskawkowym guzikiem. Od razu go wyprostowało i nie widać, żeby cierpiał na jakieś schorzenia ;)
Wreszcie mogę bez wstrętu zawiesić oko na dziadkowej niciarce :) To nic, że kopie po oczach czerwone na przemian z zielonym. Przynajmniej optymistycznie wygląda i już nie straszy ponurą facjatą :)
Początkowo komódka miała być biała w czerwone maki, mieć czerwone nóżki i gałeczki, ale z uwagi na brak makowych serwetek odpowiednich dla gabarytów mebelka, dostały mu się żółte i różowe kwiatuszki niewiadomego pochodzenia (anemony? jaskry?). Do tego złote gałeczki, takież same tło dla szufladek i zielone nóżki (wyszły trochę za jaskrawe, ale trudno).
Tło nie było cieniowane, bo w takim gąszczu habazia byłoby to dość trudne. Pokusiłam się tylko o drobne złote maźnięcia tu i ówdzie na listkach i łodyżkach. Niestety, jak zwykle nie widać :)
Na koniec wspomnę, że nóżki mają od spodu filcowe podbicie, taki meblowy "antyrysowacz". Oczywiście nigdzie nie mogłam dostać zielonego filcu pasującego kolorystycznie i przylepiłam szary. Pasuje jak świni siodło, ale na bezrybiu i rak ryba. Na szczęście babcia spodu nie oglądała :)
Koraliki, które wykorzystałam do wisiorka i kolczyków, kupiłam w Empiku (warte odnotowania, bo bardzo rzadko zdarza mi się cokolwiek dekupażowego tam kupować). Koraliki są bardzo fajne, drewniane, w nasyconych kolorach. Sztukowane są jedynie ciemnożółte - były cytrynowe i wyglądały głupio, więc przemalowałam :)
Motyw na całości jest z serwetki, wykończenie moim ulubionym szklącym lakierem, a kropelki z przezroczystych perlen penów. No dobra, gdzieniegdzie musiałam podmalować na pomarańczowo, niestety trochę widać (ach, ta niewprawna ręka!).
Może to się wydawać dziwne, ale ja ten komplet noszę :) Mam taką jedną kraciatą spódnicę w kolorze pomarańczowym, do której ta pstrokacizna nawet pasuje. Zdjęcia poglądowego nie zamieszczam, bo mam tylko jedno, wykonane telefonem, w dodatku nie widać na nim w ogóle spódnicy, za to świecę dekoltem, a on jest zdecydowanie nie w temacie :P
Herbaciarka na całości ma serwetkowy wzór nakładany metodą "na żelazko". Był to mój żelazkowy debiut i z zachwytem stwierdziłam, że to bardzo fajna sprawa, bo wreszcie nie marszczą mi się duże motywy. Gorzej poszło ze środkiem, gdzie kleiłam tradycyjnie, na pędzel. Wyszło tak żałośnie, że postanowiłam dla własnego zdrowia psychicznego nie wrzucać zdjęcia :) Dlatego na kolejnym ponownie widać wieczko i boczki, całość dodatkowo ozdobiona listkami bluszczu z pasty Modellier Creme i złotymi naklejkami, tu i ówdzie.
Siedząca we mnie sroka czuje się usatysfakcjonowana - jest pstrokato i błyszcząco, aż zęby bolą :) Gdyby nie niedoróbki w środku, pudełeczko byłoby całkiem udane.
Ku mojej uciesze takie słoiki można znaleźć w prawie każdym sklepie. Mało tego, mają wciąż ten sam dizajn. Uzbierało się ich już tyle, że nawet gdybym coś stłukła, albo odkryła kolejną egzotyczną przyprawę, pojemnik zawsze się znajdzie :) Gorzej z miejscem na parapecie, bo tam wchodzą tylko 33 sztuki. Resztę trzeba na razie upychać po kątach. Postawiłam na prostotę i zdekupowałam jedynie nakrętki. Słoiki są często używane, macane paluchami i przestawiane, dlatego musiały być w miarę praktyczne. Tak wygląda część mojej kolekcji:
Na pokrywkę położyłam dwie warstwy podkładu i trzy farby akrylowej. Na to nakleiłam zwykłą kartkę wydruku laserowego, odpowiednio przyciętą do powierzchni i całość zabezpieczyłam kilkoma warstwami lakieru szklącego. Śliska powierzchnia nie łapie zbyt dużo brudu i łatwo ją zmyć choćby pod kranem.
Kolekcja powoli rośnie, ku mojej wielkiej radości i zgrozie rodziny, a ja zastanawiam się, skąd wytrzasnąć tak pojemną półeczkę...

Skrzyneczka była w dość kiepskim stanie - miała urwane zawiasy, utłuczony bok szufladki i ogólnie wyglądała niezbyt zachęcająco. Zapewne dlatego kosztowała jedynie 10 zł.
Pomyślałam sobie, że warto poświęcić rupieciowi trochę czasu, bo ma spory potencjał i jeszcze może wyglądać całkiem przyzwoicie. Zaszpachlowałam dziury, przemalowałam skrzyneczkę na jasny kolor i ozdobiłam motywem różanym (to chyba moja pierwsza praca o tej tematyce). Gotowa toaletka wygląda tak:
Zrobiłam też pierwsze podejście do past modelarskich i wewnętrzne lustereczko postanowiłam ozdobić listkami. Wyszło trochę średnio, ale też masa nie bardzo chciała ze mną współpracować. Listki odrobinę postarzyłam, żeby nie straszyły śnieżną bielą w oczy. Na poniższym zdjęciu skrzyneczka pozuje z moją indyjską biżuterią. Pasuje to do siebie jak do świni siodło, ale niestety nie posiadam czegoś bardziej odpowiedniego stylowo, jakichś pereł czy srebra :)
Był to też mój pierwszy raz z cieniowaniem kolorami. Jest to dość czasochłonne, ale widzę, że warto, obrazki faktycznie zyskują na głębi i wyrazistości. Z pewnością nie jest to moje ostatnie cieniowanie w tej technice.
Skrzyneczka stała się prezentem dla rodziny. Nowa właścicielka powiedziała: "Ojeeeej, jakie to ładne, będę z nią spać i nie oddam!". I tak stary klamot zyskał na nowo funkcję użytkową, a ja poczułam dziką satysfakcję, że wydatnie mu w tym pomogłam :)Co niebanalnego podarować na ślub? Chyba każdy prędzej czy później staje przed takim dylematem. Również i ja kilka razy miałam ten proble...