Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinaria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinaria. Pokaż wszystkie posty
Niedzielny obiad... po indyjsku :)

Niedzielny obiad... po indyjsku :)

Co jedliście dzisiaj na obiad? U nas na stole zagościł taki zestaw:


Talerz indyjskich różności jako alternatywa dla rosołu i schabowego, czy też karkówki i skrzydełek z grilla :) W dodatku absolutnie bez mięsa, a mimo to całość smaczna i pożywna. Na zdjęciu chole chaat, matar paneer, roti i chucumber. Konia z rzędem temu, kto odgadnie o co chodzi :)

Serdeczne pozdrowienia dla miłośników kuchni indyjskiej!

Fasolka po bretońsku

Fasolka po bretońsku

"Zjadłbym fasolki po bretońsku" - tak Mój Mężczyzna odpowiedział na pytanie, co mogłabym ugotować na niedzielny obiad. Nie pozostało więc nic innego, jak ową fasolkę sporządzić :) A że pod ręką był aparat, światło dzienne też niczego sobie, więc fasolka zaliczyła sesję zdjęciową. I chociaż zrobienie takiego dania to żadna filozofia, bo jest banalnie proste, wrzucam mój przepis, a nuż ktoś się pokusi go wypróbować.

Co będzie potrzebne?


Zdjęcie podpowiada, że przydadzą się następujące składniki:
  • 1 kg fasoli Jaś (moczonej) lub ok. 0,7 kg suchej
  • ok. 300 g dobrej kiełbasy (u mnie tuchowska)
  • 250-300 g wędzonego boczku
  • 2 puszki pomidorów (całych lub krojonych - wszystko jedno)
  • 1-2 cebule
  • 2 ząbki czosnku
  • koncentrat pomidorowy do smaku
  • 1 ostra papryczka
  • odrobina oleju roślinnego
  • przyprawy: sól, Zioła Małgorzaty lub przyprawa bulionowa (w ostateczności Vegeta), majeranek, cząber, ziele angielskie, liść laurowy, kminek, kmin rzymski, pieprz, kolendra
  • łyżka mąki

 Przygotowanie:

Namoczoną fasolę przepłukać, zalać wodą i wstawić do gotowania. Jeśli nie dysponujemy moczoną, możemy użyć suchej, którą dzień wcześniej trzeba namoczyć, a następnie ugotować w tej samej wodzie, w której się moczyła. Usłyszałam kiedyś teorię, że nie powinno się namaczać fasoli w wodzie, bo wtedy zaczyna kiełkować i wypłukują się z niej składniki odżywcze. Nie jestem fasolowym ekspertem, ale powiem tak: i w domu, i w szkole uczono mnie, że strączkowe się namacza. No to namaczam. Mój dziadek stosował w tym celu przyśpieszoną metodę: zalewał ziarna fasoli wrzątkiem i okręcał przykryty garnek ręcznikiem. Generalnie - namaczanie znacząco skraca czas gotowania, więc osobiście uważam, że warto :)
Do fasoli w czasie gotowania nie dodaję soli, wrzucam za to kilka ziaren ziela angielskiego i parę liści laurowych. Gotuję na niewielkim ogniu, pod przykryciem.

W czasie, gdy fasola się pichci, można zająć się resztą składników - pokroić w grube półplasterki kiełbasę, a boczek w sporą kostkę. Posiekać drobno cebulę, czosnek i ostrą papryczkę (niech fasola ma jakiś pazur, a co!). Na patelni przesmażyć kiełbasę i boczek, by wytopił się z nich tłuszcz, przełożyć do dużego garnka.


Na wytopionym z wędliny tłuszczu zeszklić cebulę (w razie potrzeby można dodać łyżkę oleju). Do cebuli dołożyć posiekany czosnek i ostrą papryczkę, chwilę smażyć razem.


Dodać pomidory z puszki i wszystko przez chwilę dusić, dzięki temu uzyskamy ładny czerwono-pomarańczowy kolor potrawy. Całość przełożyć do garnka z kiełbasą i boczkiem i gotować na małym ogniu, żeby trochę odparować z pomidorów wodę. Fasolę ugotować do miękkości, u mnie zajęło to około godziny. W miarę możliwości odłowić liście i ziele angielskie, a fasolę razem z wodą z gotowania przelać do garnka z pozostałymi składnikami. Ważne na tym etapie jest dobre ugotowanie fasoli - powinna być w miarę miękka, gdyż w kwaśnym środowisku (pomidory!) już więcej nam nie zmięknie. Pozostało doprawienie fasolki - dodać przyprawę bulionową i sól do smaku, pół łyżeczki cząbru i łyżeczkę majeranku rozetrzeć w palcach i dosypać do garnka. W moździerzu roztłuc odrobinę pieprzu, kolendry i płaską łyżeczkę kminku (najlepiej pomieszać pół na pół z kminem rzymskim). Utłuczone przyprawy dodać do fasolki. Na koniec sprawdzić "pomidorowość" potrawy - gdy jest za słaba, możemy dodać trochę przecieru pomidorowego. Jeśli danie jest zbyt rzadkie, zagęszczamy je. Można to zrobić przy pomocy zasmażki, lub rozgniatając kilka wyłowionych z garnka ziaren fasoli. Ja robię to jeszcze inaczej - mieszam łyżkę mąki z odrobiną koncentratu i wody, i taką zawiesiną zagęszczam fasolkę.

Co do podania? Idealna będzie pajda chleba z chrupiącą skórką, ale mogą być też ziemniaki.


Z podanych powyżej składników wychodzi solidny gar fasolki, którą z reguły jemy przez trzy dni :) Ale przy szaro-zimowej, paskudnej pogodzie, taka gorąca micha świetnie rozgrzewa i wcale się nie nudzi. Fasolka jest mocno pomidorowa, bo ja taką lubię, ale spokojnie można zmniejszyć w przepisie ilość pomidorów. Do garnka dodałam całą ostrą papryczkę widoczną na zdjęciu, ale przy takiej ilości fasolki, była ledwo wyczuwalna. Warto za to nie żałować przypraw - ułatwiają trawienie i zmniejszają "odrzutowość" dania ;)

Czy ktoś dotrwał do końca wpisu? No to smacznego!

Faszerowana papryka, czyli gołąbki inaczej :)

Faszerowana papryka, czyli gołąbki inaczej :)

Sezon na białą paprykę w pełni, co oznacza, że nadszedł czas na paprykę faszerowaną :) Co roku taka wersja gości na naszym stole i przyznam szczerze, że zawsze na nią czekamy. To nieskomplikowane danie, łatwiejsze do przygotowania niż gołąbki, a w zasadzie smakuje podobnie.  

Co będzie potrzebne?
 

Poglądowe zdjęcia podpowiada, że przyda się: 
  • ok. 12-14 białych papryk podobnej wielkości
  • 0,5 kg mięsa mielonego (preferuję cielęce lub wołowe - jak na zdjęciu)
  • ok. 200 g białego ryżu (2 woreczki)
  • 2 cebule
  • ząbek czosnku
  • pół ostrej czerwonej papryczki chili
  • 1 jajko
  • 2 łyżki oleju roślinnego
  • zielona pietruszka
  • bulion (może być z kostki)
  • sól
  • przyprawy: zioła Małgorzaty, pieprz, kolendra, pieprz ziołowy, majeranek, ziele angielskie, liść laurowy
Przygotowanie:

Banalnie proste. Ryż ugotować tak, aby był jeszcze odrobinę twardawy, przełożyć do miski. Na oleju podsmażyć pokrojone w kostkę cebule oraz drobno posiekaną papryczkę chili i roztarty ząbek czosnku. Całość razem z surowym mięsem mielonym dodać do ryżu. Dodać posiekaną zieloną pietruszkę, wbić surowe jajko, doprawić solą, ziołami Małgorzaty, pieprzem, majerankiem, zmieloną kolendrą i pieprzem ziołowym. Dokładnie wymieszać na jednolitą masę. Z papryczek odciąć ogonki, ostrożnie wydrążyć gniazda nasienne i usunąć wszystkie pestki. Papryki wypełnić nadzieniem, ułożyć w gęsiarce/dużym rondlu/naczyniu żaroodpornym. Wlać odrobinę bulionu (mniej więcej do połowy papryk), dodać ziele angielskie i liść laurowy. Całość albo wkładamy do piekarnika i zapiekamy, albo po prostu dusimy pod przykryciem na niedużym ogniu. Ja wybrałam to drugie, bo nie chciałam robić z mojej małej kuchni sauny :)
Papryczki dusi się ok. 30-40 minut tak, aby "opakowanie" się nie rozlazło, a nadzienie na pewno udusiło/upiekło. Te z piekarnika są smaczniejsze, ale obydwie wersje nęcąco pachną i skutecznie przeganiają głód. 


Gotowe papryki polać sosem (np. grzybowym albo pomidorowym). Medal temu, kto zje więcej niż trzy sztuki :) Do środka w zasadzie można dodać co dusza zapragnie. Jeśli do papryk robię sos pomidorowy, to do nadzienia dodaję odrobinę pieczarek. W innej wersji zamiast pieczarek daję pokrojony w kostkę i podsmażony wędzony boczek. Spokojnie można też pokusić się o wersję wegetariańską, z samymi warzywami, albo meksykańską - z dodatkiem czerwonej fasolki z puszki, kukurydzy i kolorowej papryki. Polecam poeksperymentować, smacznego!


Eksperymentalna hodowla krów rasy Sweet Grub

Eksperymentalna hodowla krów rasy Sweet Grub

No i stało się.

Zmobilizowana krówkowym przepisem na blogu Sylwii postanowiłam wyhodować własne krowy. Korzystając zatem z okazji, że mój Waleczny Mężczyzna zwerbował Greyjoyów i udał się na tradycyjny piątkowy podbój Siedmiu Królestw, wyciągnęłam z czeluści lodówki potrzebne ingrediencje.

Przepis Sylwii uległ niestety nieuniknionym, ale drobnym modyfikacjom. Śmietanki dałam na oko (jak odmierzyć 300 ml z dwóch kartoników po 25o ml?), cukru chyba ciut za dużo, a aromatu śmietankowego nie dałam wcale, bo nie miałam. W zamian za to do gara wrzuciłam odrobinę wanilii wyskrobanej z laski oraz 1,5 łyżeczki tzw. ekstraktu waniliowego. Jest to takie żółtawe ustrojstwo w proszku, pachnące wanilią i lekko słodkie. Kupuję to dziwadło w Naturalnym Sklepiku i z reguły dodaję do kawy, ale uznałam, że nada się również do krówek, choćby z uwagi na właściwości zagęszczające ;) No i nie dodałam ani żurawiny, ani żadnego innego wypełniacza, bo marzyły mi się delikatne, śmietankowo-waniliowe krówki o gładziutkiej maślanej konsystencji.

Początkowo nic nie zwiastowało nieszczęścia. Breja pyrkociła się w garnuszku pachnąc coraz bardziej zachęcająco, kot kręcił się po kuchni domagając się kiełbaski, a mnie udało się przeczytać 3 rozdziały książki. Pomna przestróg o kapryśnym zachowaniu się krówek przetrzymałam breję 55 minut na gazie, mieszając jak wściekła, żeby się toto nie spaliło. Nie wiedziałam czym zmiksować, więc tylko przeblendowałam na szybko i wylałam masę do keksówki. A że za oknem było przyjazne zero, wystawiłam blachę w antyupadkowym chomącie za okno. I czekałam.

Po godzinie sprawdziłam metodą paluchową stan krówek, ale masa była rzadka i klejąca. Dałam jej więc jeszcze 1,5 godziny, po czym przystąpiłam do formowania. No i tu poległam. Udało mi się co prawda wyjąć z blaszki masę w jednym kawałku, ale to pieroństwo nie dawało się kroić. Ciągnęło się jak guma w - przepraszam za dosadność - gaciach i za nic nie chciało przypominać ślicznych prostokątnych cukiereczków. W końcu opracowałam metodę pośrednią polegającą na odcinaniu i walcowaniu kawałków masy w kształt pędraka, a następnie zawijaniu tychże walców w papierki. W ten sposób przepędrakowałam całą masę, która następnie wylądowała w lodówce. Ledwie udało mi się skończyć przed powrotem mojego Mężczyzny do domu (Greyjoye pokonali Baratheonów, ale ulegli Starkom). Próbna degustacja odbyła się zatem natychmiast, niestety polegała ona wyłączne na zlizywaniu gęstej paćki z papierka.

Dopiero następnego dnia rano ujrzałam światełko w tunelu, bowiem krowiszony pozostawione same sobie zaczęły się przepoczwarzać. Coraz lepiej odłaziły z papierków, a po dwóch dniach wytworzyły coś na kształt cienkiej cukrowej otoczki, umożliwiającej odpakowanie i łatwą degustację. I nawet zaczęły przypominać cukierki :)


Wniosek z przeprowadzonego eksperymentu jest taki, że im dłużej krówki mogą wypasać się w lodówce, tym lepiej. Niestety stoi to w ścisłym konflikcie z oczekiwaniami farmerów, którzy mieliby nieodpartą ochotę pożreć je wszystkie jak najszybciej. Tak czy inaczej, eksperyment uważam za prawie udany i zamierzam w najbliższej przyszłości go powtórzyć :) Tyle tylko, że wszystkie czynności będę musiała wykonać trzy dni przed planowaną degustacją (jak ja to wytrzymam?). Niniejszym oficjalnie dziękuję za przepis, a wszystkim, którzy z niego skorzystali lub planują skorzystać życzę smacznego!


Rozgrzewająca zupa chili

Rozgrzewająca zupa chili

W pracy od tygodnia mam remont, co sprawia, że przyjeżdżam do domu kompletnie nieżywa. Za oknem -20 stopni, więc wracam skostniała i z soplem u nosa. W takich chwilach człowiekowi marzą się różne rzeczy: gorąca herbata imbirowa, grube puchowe skarpety albo ciepłe kapcie, troskliwie podgrzane na kaloryferze przez kochanego Mężczyznę :)

W takie dni z roztkliwieniem wspominam moją ulubioną meksykańską knajpę i zupę chili, jaką tam podają. Zupa jest naprawdę pożywna, a im jest ostrzejsza, tym bardziej rozgrzewa. Co prawda nie potrafię stworzyć identycznej, ale ta, którą robię od czasu do czasu, jest bardzo zbliżona do oryginału. I potrafi zagrzać równie mocno :)

Co będzie potrzebne?

Część składników przedstawia poniższe zdjęcie:


  • 0,5-0,6 kg mięsa mielonego (wołowe lub wieprzowo-wołowe)
  • 1 czerwona papryka
  • 2-3 czerwone papryczki chili
  • 2 nieduże cukinie
  • 2 puszki pomidorów
  • 1 puszka czerwonej fasolki
  • 1 cebula
  • pęczek świeżej kolendry
  • kostka sera żółtego cheddar
  • średni słoiczek koncentratu pomidorowego
  • 3 łyżki oleju
  • 1 łyżeczka słodkiej papryki
  • 1 łyżeczka czerwonej czubrycy
  • sos sojowy lub przyprawa maggi
  • 1/2 łyżeczki cukru
  • sól, chili do smaku
  • podpłomyki do podania

Przygotowanie:


Oczyścić i drobno posiekać cebulę oraz papryczki chili. Cukinię solidnie wyszorować i pokroić razem ze skórką w kosteczkę. W taką samą kostkę pokroić czerwoną paprykę.


Na odrobinie oleju podsmażyć na patelni mięso, aż lekko się zrumieni i stanie się "sypkie". Przełożyć mięso do dużego garnka i na pozostałym oleju podsmażać cebulę, a gdy się zeszkli, dodać do niej papryczki chili. Następnie dodać czerwoną paprykę i smażyć przez chwilę razem. Dodać 3 łyżki koncentratu pomidorowego i mieszać przez minutę, aż cała mieszanka nabierze mocnego czerwonego koloru. Całość przełożyć do garnka z mięsem, dodać pokrojoną cukinię, pół szklanki wody i łyżeczkę soli. Dusić pod przykryciem 5 minut.


Do garnka dodać pomidory z puszki i dalej gotować pod przykryciem 10-15 minut. Fasolkę osączyć na sicie, listki i łodyżki kolendry grubo posiekać. Wrzucić do garnka fasolkę, dodać jeszcze łyżkę lub dwie koncentratu, czubrycę, sos sojowy i pół łyżeczki cukru. Dolać odrobinę wody, by zupa miała lekko płynną konsystencję, ale by była wystarczająco gęsta. Na koniec wrzucić posiekaną kolendrę i doprawić solą, a jeśli zupa nie jest odpowiednio pikantna dosypać jeszcze odrobinę sproszkowanej chili.

Gorącą zupę rozlać do miseczek, posypać startym na tarce cheddarem. Podawać z podgrzanym, chrupiącym podpłomykiem.


Uwaga techniczna :)
Na pół dużego garnka dałam dwie spore papryczki chili. Były jednak mało ostre i zupa wymagała jeszcze trochę "prądu". Z ostrością papryczek bywa różnie, więc trzeba czujnie dostosowywać ich ilość do własnych preferencji :) No i najważniejsze - czyścić i siekać w odpowiednich warunkach. Już raz zdarzyło mi się zasypiać z dłońmi włożonymi do garnka z zimną wodą i lodem, bo tak niemiłosiernie piekły mnie od papryczek, że nie mogłam normalnie funkcjonować. Od tego czasu kroję ostrą paprykę przyodziana w jednorazowe winylowe rękawiczki, takie bez talku. Po fakcie rękawiczki lądują w koszu, a ja mogę beztrosko dotykać wszystkiego bez traumy. I cieszyć się, że zupa pali mnie w pysku, a nie po łapach ;)

Samosa - pyszne indyjskie pierożki

Samosa - pyszne indyjskie pierożki

Samosy są w Indiach najpopularniejszą przekąską. I nie ma się czemu dziwić - smakują fantastycznie zarówno na gorąco, gdy parujące z rozerwanego ciasta aromatyczne nadzienie drażni kubki smakowe i parzy jęzor, ale i są doskonałe na zimno, np. następnego dnia. Chrupiące trójkątne rożki nadziewa się czym dusza zapragnie - w wersji bengalskiej np. farsz robi się z jagnięciny, pomidorów i zielonego groszku. Najlepsze jednak, moim zdaniem, jest klasyczne wegetariańskie nadzienie, które bez problemów można przygotować z łatwo dostępnych składników. Zacznijmy jednak od początku, czyli od ciasta.

Składniki na ciasto:
  • 450 g mąki (luksusowa lub zwykła)
  • 1 łyżeczka soli
  • 4 łyżki oleju roślinnego
  • szklanka ciepłej wody
Mąkę przesiać do miski, dodać sól oraz olej. Tu dygresja: właściwie powinno się używać ghee, czyli klarowanego masła, ale jestem zbyt leniwa, by samemu klarować, a kupne jest drogie i nie mam do niego zaufania. Spokojnie można ghee zastąpić olejem bez szkody dla ciasta :)
Mąkę z solą i olejem rozcierać w palcach i ugniatać, aż "ciasto" zacznie przypominać bułkę tartą. Powoli wlać ciepłą wodę i zagnieść wszystkie składniki. Przełożyć na oprószony mąką blat i ugniatać 5 minut, aż ciasto będzie elastyczne i gładkie. Zawinąć w woreczek i odstawić.

Pora przygotować nadzienie. Stworzymy go ze składników widocznych na zdjęciu poniżej:

Składniki na nadzienie:
  • 0,5 kg ziemniaków
  • 100-150 g mrożonego zielonego groszku
  • 1 nieduża cebula
  • ok. 4 cm kawałek świeżego imbiru
  • 1-2 papryczki chili
  • 2 łyżki posiekanych liści kolendry lub 1 łyżka pasty z kolendry
  • 2 łyżeczki kminu rzymskiego (kuminu)
  • 1 łyżeczka kolendry
  • 0,5 łyżeczki mielonej kurkumy
  • 0,5 łyżeczki garam masala
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • 2 łyżki oleju
  • jak już jesteśmy przy oleju - będzie nam też potrzebny do smażenia samosów
Ziemniaki obrać, pokroić w dość sporą kostkę, gotować we wrzątku ok. 10 minut, osączyć i przełożyć do miski. Groszek krótko obgotować, by był lekko twardawy, przepłukać zimną wodą, dodać do ziemniaków. Na małej suchej patelni podprażyć na niedużym ogniu nasiona kminu rzymskiego i kolendrę. Gdy mieszanka zacznie pachnieć, zdjąć z gazu i roztłuc w moździerzu.
Cebulę drobno posiekać, imbir obrać i również posiekać lub zetrzeć na tarce na małych łezkach. Ja z reguły używam tarki, ale wówczas imbir rozwarstwia się na takie drobne "włoski". Żeby temu zapobiec można pokroić imbir nożem na malutkie kawałki. Papryczkę chili przekroić wzdłuż, usunąć nasiona i drobno pokroić. W oryginalnym przepisie papryczki są zielone i występują w ilości 3 sztuk. Dla mnie to trochę za dużo, poza tym zielone ciężej dostać. Z reguły używam czerwonych i spokojnie wystarcza jedna, góra dwie.
Cebulę zezłocić na oleju. Dodać przyprawy - kmin rzymski, kolendrę, kurkumę i garam masala, chwilę smażyć razem. Dodać posiekany imbir i chili, krótko przesmażyć. Wrzucić na patelnię część ziemniaków, mieszać przez minutę, by dokładnie zebrały całą mieszankę przypraw z patelni i przełożyć z powrotem do miski. Dodać posiekaną kolendrę lub łyżkę pasty, wlać sok z cytryny, doprawić solą, wymieszać. Nadzienie powinno być lekko słone, z wyraźnym, dominującym smakiem przypraw, odrobinę pikantne, z lekko wyczuwalną kwaskową nutą. To bardzo ważne, bo same ziemniaki z groszkiem smakują raczej mdło i nieciekawie. Trzeba więc odpowiednio doprawić nadzienie, bo od niego zależy smak całej potrawy. Ja z reguły na tym etapie dosypuję jeszcze odrobinę kurkumy i garam masali.
Gotowy farsz powinien wyglądać mniej więcej tak:


Pora przygotować pierożki.
Oczywiście można je wykonać tradycyjnym sposobem z wycinaniem szklanką i składaniem na pół, ale to takie mało indyjskie :) Najlepiej wykonać je w sposób tradycyjny. Ponieważ trochę ciężko wytłumaczyć to "na sucho" prezentuję poniżej instrukcję obrazkową. Na zdjęciach widać więc moje łapki i kuchenny blat, bo nie dorobiłam się jeszcze stolnicy, przepraszam :)
Zacznijmy od tego, że z kawałka ciasta należy oderwać kulkę wielkości orzecha włoskiego i rozwałkować na okrągły placek. Placuszek przekroić nożem na pół i posmarować jego brzegi wodą.

Dalsze brzegi zawinąć i dokładnie skleić, aby powstał rożek.

Rożek odwrócić, do środka nałożyć łyżeczką nadzienie.

Brzegi założyć na zakładkę...

...i skleić, formując pozostałe dwa rogi pierożka.

Teraz pozostaje tylko wrzucić samosy na gorący olej i usmażyć za złoto, ok. 2-3 minuty z każdej strony. Usmażone pierożki osączyć z nadmiaru tłuszczu na papierowym ręczniku.

Samosy można też upiec w piekarniku, ale przyznam szczerze, że nie próbowałam. Jestem wierna tradycyjnej, niezdrowej wersji, niestety :)

Z czym podawać samosy? Doskonale komponuje się z nimi raita z poprzedniego wpisu, albo chutney z mango, czy tamaryndowca. A jeśli nie ma pod ręką nic pasującego? Samosy znikną tak czy siak. Są na tyle smaczne, że nie potrzebują towarzystwa :)

Raita - prosta indyjska przystawka

Raita - prosta indyjska przystawka

Kuchnia indyjska to prawdziwa masala - przebogata mieszanka smaków i zapachów. Tajemnicą niepowtarzalnego smaku i aromatu indyjskich dań z pewnością są przyprawy. Sporo indyjskich potraw jest pikantnych, ale oczywiście nie wszystkie. Do tych jednak, które lekko przypiekają kubki smakowe świetnie pasuje prosta indyjska przystawka - raita.
Raita swoją konsystencją właściwie powinna przypominać sos, ja jednak wolę wersję bardziej sałatkową. Jej głównym składnikiem jest gęsty jogurt i ogórek. Z założenia raita powinna mieć łagodny, orzeźwiający smak i stanowić idealne dopełnienie dla pikantnego i aromatycznego dania głównego. Przepisów na raitę jest całe mnóstwo. W jednych ogórek występuje samotnie, w innych towarzyszy mu pomidor. W niektórych orzeźwiającej nuty dostarcza mięta, gdzie indziej świeża kolendra. Moja wersja raity jest łatwa i prosta. Oczywiście najlepiej przygotowywać ją w sezonie, gdy świeżych ogórków i pomidorów mamy pod dostatkiem, ale i zimą może smakować całkiem nieźle.

Co będzie potrzebne?
  • 5 średniej wielkości ogórków
  • 1-2 nieduże pomidory
  • mały kubeczek gęstego jogurtu naturalnego (np. bałkański, grecki)
  • łyżeczka oleju roślinnego
  • garść świeżych liści kolendry lub dwie łyżeczki pasty z kolendry
  • 1 łyżeczka czarnej gorczycy
  • sól, pieprz do smaku
Wspomnianą wyżej świeżą kolendrę można kupić w doniczce - w prawie każdym markecie. Trzeba ją jednak prędko zużyć, bo delikatne listki szybko więdną. Można użyć też gotowej pasty z kolendry, choćby takiej jak na zdjęciu poniżej. W zastępstwie kolendry może wystąpić także mięta - świeża lub w postaci suszu.

Przygotowanie:
Ogórki obrać, pokroić w kostkę, przełożyć do miski. Pomidora sparzyć wrzątkiem, obrać ze skórki, drobno pokroić i odsączyć na sitku z nadmiaru soku. Na małą patelnię wlać łyżeczkę oleju i wsypać czarną gorczycę. Przykryć szczelnie pokrywką i podgrzewać na wolnym ogniu. Pod wpływem ciepła ziarenka popękają, wówczas należy zdjąć patelnię z gazu. Do ogórków dodać pomidora, gorczycę i posiekane listki kolendry (lub dwie łyżeczki pasty). Całość wymieszać z jogurtem, doprawić do smaku solą, odrobiną pieprzu i gotowe!

Gotową przystawkę serwować z ... no właśnie :) Raita świetnie pasuje do prezentowanego powyżej indyjskiego dania. Co to takiego i jak się to przyrządza - już niebawem.

Szybka i zdrowa przekąska śniadaniowa

Szybka i zdrowa przekąska śniadaniowa

Dzisiaj szybka i łatwa wariacja na temat "zdrowe śniadanie bez chleba". Żelazny zestaw, który gości na moim stole co najmniej dwa razy w miesiącu, zwłaszcza w weekendy :)

Co będzie potrzebne?
  • kilka liści sałaty lodowej, umytych i osuszonych
  • kostka lub pół wędzonego serka tofu
  • spora garść pomidorków koktajlowych lub 1 normalnej wielkości pomidor
  • kilka zielonych oliwek nadziewanych papryką (ew. czarnych drylowanych)
  • oliwa z oliwek
  • zioła prowansalskie
  • sól, świeżo zmielony pieprz
Przygotowanie:
Sałatę porwać w palcach na małe kawałeczki, ułożyć na dnie talerza. Pomidorki przekroić na pół, tofu pokroić w kostkę, a oliwki w plasterki. Wszystko ułożyć na sałacie, posypać ziołami prowansalskimi, odrobiną soli i pieprzu. Na koniec skropić kilkoma kroplami oliwy.

Całość nieskomplikowana i prosta jak konstrukcja cepa, a przy tym naprawdę smaczna. W wersji jak wyżej nadaje się na przekąskę dla wegan i wegetarian. W pozostałych przypadkach najbardziej kłopotliwy składnik, czyli tofu, spokojnie można zastąpić serkiem mozarella czy capri. Smakuje równie dobrze, polecam!

Zimowe zapachy, czyli wspomnienie po pierniczkach

Zimowe zapachy, czyli wspomnienie po pierniczkach

Nie jestem wielką miłośniczką zimy. Ten niezaprzeczalny fakt wynika po części z tego, że jestem osobą umiarkowanie ciepłolubną, a po części z tego, że do szczęśliwej egzystencji potrzebuję sporej dawki światła. Zimą o te rzeczy dość trudno, zrozumiałym jest więc, że większą miłością darzę wiosnę czy polską złotą jesień.

Żeby jednak nie być tak zupełnie niesprawiedliwym względem zimy, przyznać muszę, że są pewne zimowe rzeczy, które lubię. Choćby zwierzę zwane zimowym kotem. Zimowy kot tym różni się od zwykłego dachowca, że posiada funkcję automatycznego podgrzewania na kaloryferze oraz ma zwiększone współczynniki: +15 do uwielbienia kocyków i poduszek oraz +10 do dzielenia się posiadanym ciepłem, z czego skwapliwie korzystam to u jednej przedstawicielki rasy, to u drugiej. Dodatkowo kot zimowy zamiast trybu torpedowego ma z reguły włączony tryb snucia się po domu, charakteryzuje się też podwyższoną rozmownością. Wszystko to powoduje, że koty zimowe kocham bardziej niż inne i więcej jestem im w stanie wybaczyć :)

Inną, niezmiernie przyjemną rzeczą są zimowe zapachy. W żadnej innej porze roku cynamon i pieczone jabłka nie pachną tak pięknie. Obowiązkowym elementem stołu jest też ustawiony na podgrzewaczu szklany dzbanek, po brzegi wypełniony aromatyczną herbatką "Noworoczne życzenia", "Królewna Śnieżka", czy jakąś inną. Zimą przypada u nas sezon na najlepsze mandarynki, którymi na okrągło się opycham. No i, co najważniejsze, zimą piecze się pierniczki. Początkowo zajmowałyśmy się tym obie, potem ustąpiłam pola mojej siostrze, a ona wkręciła do piernikowego biznesu także Robina. Co roku przepis na pierniczki w przedziwny sposób ewoluuje: z tych samych składników powstają albo chrupiące ciasteczka, albo kamienne odlewy, albo średniej twardości suchary. W tym roku pierniczki były całkiem zjadliwe, te z polewą były całkiem miękkie, a te bez polewy takie "na ząb". Jedynym mankamentem był trochę za słaby korzenny smak, wynikły najpewniej z lenistwa (gotowa przyprawa do pierników zamiast mieszanki własnej). Pierniczki nadrabiały wyglądem i w krótkim czasie zniknęły, mimo ich całkiem sporej ilości. Poniżej pozwalam sobie zamieścić krótką dokumentację zdjęciową.

Produkcja ciasta, zagniatanie, wałkowanie, wycinanie - Emoonia.
Wypiek i dekoracja - w głównej mierze ja :)

Na wniosek Vilka nie zamieszczam zdjęć dekorowanych przez niego pierniczków - 3 (słownie: trzy) sztuki :)

Ubolewam też, że do dekoracji użyłyśmy jedynie białych i różowych perełek. Złote zostały zapomniane i najpewniej się przeterminują, bo są ważne tylko do października :P

No chyba, że podpuszczona moim piernikowym wpisem Emoonia będzie łaskawa na nowo zagnieść ciasto. W końcu zima trwa w najlepsze, mimo braku śniegu :)


Ciasto w słoiku

Ciasto w słoiku

Ciasto w słoiku dostałam w prezencie od Kasi. Przez pewien czas nie śmiałam go dotykać - stanowiło dekorację stołu, bo "na surowo" bardzo ładnie wyglądało.

Cóż jednak ma począć człowiek dość mocno uzależniony od słodyczy w niedzielę tuż po nowym roku? Sklepy zamknięte, wrodzona niechęć do zimna skutecznie uniemożliwia jakiekolwiek ekspedycje żywieniowe, a w lodówce przysłowiowy pingwin zamiast upragnionych łakoci. I tu z pomocą przyszedł nam właśnie wspomniany słoik :) Przygotowanie ciasta zajęło 5 minut, a po pół godzinie po domu rozszedł się smakowity zapach. Może nie wszystko wyszło idealnie, bo odrobinkę za długo przetrzymałam ciasto w piecu (bałam się, że jest wciąż zbyt wilgotne i pływające), nie przeszkodziło nam to jednak w zeżarciu połowy blachy. Z zawartych w słoiku składników wychodzi pyszne, aromatyczne i mocno czekoladowe ciasto, które skutecznie gasi nawet największy słodyczowy głód. Z pewnością zażyczę sobie jeszcze kiedyś taki prezent "w razie awarii zbij szybkę". I z pewnością sama też komuś taki wręczę. Muszę tylko znaleźć dokładny przepis na wnętrze słoika :) Dziękuję!


Rosół (prawie) doskonały

Rosół (prawie) doskonały

Wydawać by się mogło, że ugotowanie rosołu to sprawa banalnie prosta. W końcu wystarczy wrzucić kawałek mięsa + jakieś jarzyny do gara i gotowe. Tymczasem zrobienie naprawdę dobrego rosołu, to prawdziwa sztuka, którą warto zgłębić chociażby z uwagi na fakt, że rosół stanowi bazę do całej masy innych zup i jest ich świetną podstawą.

Buszując tu i ówdzie w sieci znalazłam kilkanaście przepisów na rosół - od całkiem przyzwoitych i treściwych, do zupełnie pokręconych i nie do zaakceptowania (jak można gotować rosół na wieprzowinie??). Postanowiłam zatem zamieścić swój przepis, oparty na własnych doświadczeniach, dziadkowej tradycji i kilku sztuczkach wyniesionych ze szkoły. A nuż się komuś przyda. Do dzieła zatem!

Składniki na duży garnek zupy:
  • ok. 0,5 kg mięsa wołowego (np. pręga, mostek, szponder)
  • jedna lub dwie nóżki kurczaka
  • 4 marchewki
  • 1 spory seler (najlepiej razem z nacią)
  • 2 pietruszki
  • 3 nieduże cebule
  • kawałek pora
  • ćwiartka włoskiej kapusty
  • kilka ziaren ziela angielskiego
  • kilka liści laurowych
  • kilka ziaren czarnego pieprzu
  • świeżo posiekana zielona pietruszka
  • sól
  • makaron do podania
Przygotowanie:
Mięso dokładnie opłukać i zalać zimną wodą (mięso na rosół zawsze zalewamy zimną wodą, by wszystkie składniki smakowe i odżywcze mogły stopniowo uwolnić się z mięsa i przejść do wywaru). Doprowadzić do wrzenia, łyżką cedzakową bardzo dokładnie zebrać wypływające szumowiny. Ja posuwam się jeszcze dalej - po krótkim obgotowaniu mięsa wyłączam gaz i cedzę rosół przez bardzo gęste sito, tak by w garnku nie znalazły się żadne nieapetyczne "kłaczki". Odcedzonym wywarem na nowo zalewam mięso, dodaję sól, liście laurowe, ziele angielskie oraz całe ziarna pieprzu i gotuję na niedużym ogniu, tak by rosół tylko "mrugał". Ważne: gotujemy bez przykrycia, dzięki temu zupa pozostanie klarowna. W czasie, gdy mięso powoli się gotuje, przygotowujemy warzywa - obieramy marchew, seler i pietruszkę. Tu znów ciekawa uwaga - przy obieraniu selera i pietruszki warto pozostawić górną część warzywa, tę gdzie zaczyna się nać (z reguły ma taki fioletowawy kolor). Nie powinno się tej części obcinać, a jedynie delikatnie obrać dookoła, pozostawiając jak najwięcej, dlatego że tu właśnie znajduje się najwięcej olejków eterycznych i substancji smakowo-zapachowych, dzięki którym zupa będzie bardziej wyrazista i aromatyczna. Cebulę po obraniu należy przekroić na pół i przekrojoną stroną położyć na palniku gazowym, by się lekko przypiekła. Taka "podpalana" cebula nadaje ładny kolor zupie i wpływa na dobry smak potrawy. Dla koloru można też pozostawić jedną warstwę łupinki na cebuli. Por, nać selera i kapustę dokładnie opłukać. Warzywa można pokroić na mniejsze kawałki lub pozostawić w całości.


Mięso gotować 30-50 min. Po tym czasie wyjąć nóżki kurczaka, gdyż ugotują się szybciej niż wołowina. Kurczaka przykryć, by zbytnio nie wysechł i odstawić do wystygnięcia. Gdy wołowina zmięknie dodajemy do zupy warzywa. Można wrzucić wszystkie od razu, lub na początku samą marchew, seler i pietruszkę, a dopiero później pora, cebulę, włoską kapustę i nać selera, by się za bardzo nie rozpadły. Warzywa gotujemy do miękkości, dalej na wolnym ogniu i dalej nie przykrywając garnka. W trakcie gotowania możemy dolać wody, gdyby nadmiernie się wygotowała. Na koniec przyprawiamy zupę. Jeśli trzeba, dosypujemy soli, można też dodać jakąś warzywną przyprawę typu "Vegeta". Rozmyślnie piszę "typu Vegeta", samej "Vegety" nie polecam, gdyż zawiera glutaminian sodu. O wiele lepsze są mieszanki suszonych warzyw z odrobinką soli, które można kupić w sklepach z naturalną żywnością. Też poprawiają smak, ożywiają kolor zupy, a z pewnością mniej szkodą. Zupę podajemy z makaronem i posiekaną zieleniną. Świetnie smakuje ze szczyptą świeżo zmielonego czarnego pieprzu. Dla odmiany można też rosół przyprawić lubczykiem.


To, co mnie zawsze zadziwiało w wielu domach, to fakt, że rosół podaje się czysty, jedynie z makaronem. Warzywa zostają w garnku i jeśli nie trafią do jakiejś sałatki, to lądują w koszu. U mnie w domu coś takiego byłoby nie do pomyślenia. Warzywa są pełnoprawną częścią potrawy i zawsze znajdzie się dla nich miejsce na talerzu. Powiem więcej, nieoficjalna nazwa tej zupy brzmi "rosół ze szkarbołami" i wszystkie te "szkarboły" z wielką ochotą zjadamy :)

Mięso z rosołu można zmielić i przeznaczyć na farsz do pierogów. Można też dodać do niego przesmażoną z cebulką czerwoną paprykę, a także kukurydzę z puszki lub czerwoną fasolkę. Takie nadzienie świetnie nadaje się do naleśników "po meksykańsku", które mogą stać się obiadem na następny dzień.

Smacznego!
Copyright © 2016 Rzekotka - blog scrapbookingowy , Blogger