sobota, 15 stycznia 2011

Zimowe zapachy, czyli wspomnienie po pierniczkach

Nie jestem wielką miłośniczką zimy. Ten niezaprzeczalny fakt wynika po części z tego, że jestem osobą umiarkowanie ciepłolubną, a po części z tego, że do szczęśliwej egzystencji potrzebuję sporej dawki światła. Zimą o te rzeczy dość trudno, zrozumiałym jest więc, że większą miłością darzę wiosnę czy polską złotą jesień.

Żeby jednak nie być tak zupełnie niesprawiedliwym względem zimy, przyznać muszę, że są pewne zimowe rzeczy, które lubię. Choćby zwierzę zwane zimowym kotem. Zimowy kot tym różni się od zwykłego dachowca, że posiada funkcję automatycznego podgrzewania na kaloryferze oraz ma zwiększone współczynniki: +15 do uwielbienia kocyków i poduszek oraz +10 do dzielenia się posiadanym ciepłem, z czego skwapliwie korzystam to u jednej przedstawicielki rasy, to u drugiej. Dodatkowo kot zimowy zamiast trybu torpedowego ma z reguły włączony tryb snucia się po domu, charakteryzuje się też podwyższoną rozmownością. Wszystko to powoduje, że koty zimowe kocham bardziej niż inne i więcej jestem im w stanie wybaczyć :)

Inną, niezmiernie przyjemną rzeczą są zimowe zapachy. W żadnej innej porze roku cynamon i pieczone jabłka nie pachną tak pięknie. Obowiązkowym elementem stołu jest też ustawiony na podgrzewaczu szklany dzbanek, po brzegi wypełniony aromatyczną herbatką "Noworoczne życzenia", "Królewna Śnieżka", czy jakąś inną. Zimą przypada u nas sezon na najlepsze mandarynki, którymi na okrągło się opycham. No i, co najważniejsze, zimą piecze się pierniczki. Początkowo zajmowałyśmy się tym obie, potem ustąpiłam pola mojej siostrze, a ona wkręciła do piernikowego biznesu także Robina. Co roku przepis na pierniczki w przedziwny sposób ewoluuje: z tych samych składników powstają albo chrupiące ciasteczka, albo kamienne odlewy, albo średniej twardości suchary. W tym roku pierniczki były całkiem zjadliwe, te z polewą były całkiem miękkie, a te bez polewy takie "na ząb". Jedynym mankamentem był trochę za słaby korzenny smak, wynikły najpewniej z lenistwa (gotowa przyprawa do pierników zamiast mieszanki własnej). Pierniczki nadrabiały wyglądem i w krótkim czasie zniknęły, mimo ich całkiem sporej ilości. Poniżej pozwalam sobie zamieścić krótką dokumentację zdjęciową.

Produkcja ciasta, zagniatanie, wałkowanie, wycinanie - Emoonia.
Wypiek i dekoracja - w głównej mierze ja :)

Na wniosek Vilka nie zamieszczam zdjęć dekorowanych przez niego pierniczków - 3 (słownie: trzy) sztuki :)

Ubolewam też, że do dekoracji użyłyśmy jedynie białych i różowych perełek. Złote zostały zapomniane i najpewniej się przeterminują, bo są ważne tylko do października :P

No chyba, że podpuszczona moim piernikowym wpisem Emoonia będzie łaskawa na nowo zagnieść ciasto. W końcu zima trwa w najlepsze, mimo braku śniegu :)


7 komentarzy:

  1. :) mi się nie chciało moich ozdabiać :D a te od ciebie to sobie oglądam jak mi smutno ...

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakoś ciężko mi sobie wyobrazić, żebyś była smutna. Taka energiczna i pełna energii zawsze jesteś :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Kasiu, a może je po prostu zjedz? Wprawdzie przy takim rozwiązaniu pocieszą tylko raz, ale za to jak?! :P

    OdpowiedzUsuń
  4. Potwierdzam - pierniczki służą do jedzenia, nie do oglądania :)

    Siostra, nie szczuj, piekarnika nie posiadam, więc w razie nagłej chętki na piernikowanie zwaliłabym się do Ciebie. A przecież tego nie chcemy, prawda? :P

    OdpowiedzUsuń
  5. Ty tu nie piernicz, bo musiałabyś je zrobić :P

    OdpowiedzUsuń
  6. Dokładnie :P Ja nawet cholewę czekoladową i nowe pisaki mogę kupić. I mogę dekorować! :P

    OdpowiedzUsuń
  7. Ta, teraz to chętni. A jak przyjdzie co do czego, to będzie "Oooo Boooożeeee". :P

    OdpowiedzUsuń