czwartek, 20 stycznia 2011

Komplet a'la Elektryczna Pomarańcza

Za oknem zimno, szaro i ponuro, a mnie rano trudno jest zwlec się z łóżka i najchętniej spałabym całymi dniami. W ramach terapii kolorami wrzucam więc zdjęcia drewnianego kompletu, który jakiś czas temu wykonałam. Z założenia miał być żarówiasty i dawać niezbędnego kopa energetycznego. Wyszła taka oto elektryczna pomarańcza:

Koraliki, które wykorzystałam do wisiorka i kolczyków, kupiłam w Empiku (warte odnotowania, bo bardzo rzadko zdarza mi się cokolwiek dekupażowego tam kupować). Koraliki są bardzo fajne, drewniane, w nasyconych kolorach. Sztukowane są jedynie ciemnożółte - były cytrynowe i wyglądały głupio, więc przemalowałam :)

Motyw na całości jest z serwetki, wykończenie moim ulubionym szklącym lakierem, a kropelki z przezroczystych perlen penów. No dobra, gdzieniegdzie musiałam podmalować na pomarańczowo, niestety trochę widać (ach, ta niewprawna ręka!).

Może to się wydawać dziwne, ale ja ten komplet noszę :) Mam taką jedną kraciatą spódnicę w kolorze pomarańczowym, do której ta pstrokacizna nawet pasuje. Zdjęcia poglądowego nie zamieszczam, bo mam tylko jedno, wykonane telefonem, w dodatku nie widać na nim w ogóle spódnicy, za to świecę dekoltem, a on jest zdecydowanie nie w temacie :P


sobota, 15 stycznia 2011

Zimowe zapachy, czyli wspomnienie po pierniczkach

Nie jestem wielką miłośniczką zimy. Ten niezaprzeczalny fakt wynika po części z tego, że jestem osobą umiarkowanie ciepłolubną, a po części z tego, że do szczęśliwej egzystencji potrzebuję sporej dawki światła. Zimą o te rzeczy dość trudno, zrozumiałym jest więc, że większą miłością darzę wiosnę czy polską złotą jesień.

Żeby jednak nie być tak zupełnie niesprawiedliwym względem zimy, przyznać muszę, że są pewne zimowe rzeczy, które lubię. Choćby zwierzę zwane zimowym kotem. Zimowy kot tym różni się od zwykłego dachowca, że posiada funkcję automatycznego podgrzewania na kaloryferze oraz ma zwiększone współczynniki: +15 do uwielbienia kocyków i poduszek oraz +10 do dzielenia się posiadanym ciepłem, z czego skwapliwie korzystam to u jednej przedstawicielki rasy, to u drugiej. Dodatkowo kot zimowy zamiast trybu torpedowego ma z reguły włączony tryb snucia się po domu, charakteryzuje się też podwyższoną rozmownością. Wszystko to powoduje, że koty zimowe kocham bardziej niż inne i więcej jestem im w stanie wybaczyć :)

Inną, niezmiernie przyjemną rzeczą są zimowe zapachy. W żadnej innej porze roku cynamon i pieczone jabłka nie pachną tak pięknie. Obowiązkowym elementem stołu jest też ustawiony na podgrzewaczu szklany dzbanek, po brzegi wypełniony aromatyczną herbatką "Noworoczne życzenia", "Królewna Śnieżka", czy jakąś inną. Zimą przypada u nas sezon na najlepsze mandarynki, którymi na okrągło się opycham. No i, co najważniejsze, zimą piecze się pierniczki. Początkowo zajmowałyśmy się tym obie, potem ustąpiłam pola mojej siostrze, a ona wkręciła do piernikowego biznesu także Robina. Co roku przepis na pierniczki w przedziwny sposób ewoluuje: z tych samych składników powstają albo chrupiące ciasteczka, albo kamienne odlewy, albo średniej twardości suchary. W tym roku pierniczki były całkiem zjadliwe, te z polewą były całkiem miękkie, a te bez polewy takie "na ząb". Jedynym mankamentem był trochę za słaby korzenny smak, wynikły najpewniej z lenistwa (gotowa przyprawa do pierników zamiast mieszanki własnej). Pierniczki nadrabiały wyglądem i w krótkim czasie zniknęły, mimo ich całkiem sporej ilości. Poniżej pozwalam sobie zamieścić krótką dokumentację zdjęciową.

Produkcja ciasta, zagniatanie, wałkowanie, wycinanie - Emoonia.
Wypiek i dekoracja - w głównej mierze ja :)

Na wniosek Vilka nie zamieszczam zdjęć dekorowanych przez niego pierniczków - 3 (słownie: trzy) sztuki :)

Ubolewam też, że do dekoracji użyłyśmy jedynie białych i różowych perełek. Złote zostały zapomniane i najpewniej się przeterminują, bo są ważne tylko do października :P

No chyba, że podpuszczona moim piernikowym wpisem Emoonia będzie łaskawa na nowo zagnieść ciasto. W końcu zima trwa w najlepsze, mimo braku śniegu :)


środa, 12 stycznia 2011

Błyskawiczna herbaciarka

Najlepszym prezentem dla dawno nie widzianej przyjaciółki będzie coś zdłubanego własnoręcznie, czego wyżej wymieniona z pewnością się nie spodziewa. Będąc święcie przekonana o prawdziwości tej tezy postanowiłam zrobić optymistyczną, kolorową, na przekór zimie odrobinę wiosenną, herbaciarkę. Problem w tym, że miałam bardzo mało czasu. Koniec końców powstało robione na kolanie i w wariackim tempie pudełeczko, które wygląda następująco:

Herbaciarka na całości ma serwetkowy wzór nakładany metodą "na żelazko". Był to mój żelazkowy debiut i z zachwytem stwierdziłam, że to bardzo fajna sprawa, bo wreszcie nie marszczą mi się duże motywy. Gorzej poszło ze środkiem, gdzie kleiłam tradycyjnie, na pędzel. Wyszło tak żałośnie, że postanowiłam dla własnego zdrowia psychicznego nie wrzucać zdjęcia :) Dlatego na kolejnym ponownie widać wieczko i boczki, całość dodatkowo ozdobiona listkami bluszczu z pasty Modellier Creme i złotymi naklejkami, tu i ówdzie.

Siedząca we mnie sroka czuje się usatysfakcjonowana - jest pstrokato i błyszcząco, aż zęby bolą :) Gdyby nie niedoróbki w środku, pudełeczko byłoby całkiem udane.

niedziela, 2 stycznia 2011

Ciasto w słoiku

Ciasto w słoiku dostałam w prezencie od Kasi. Przez pewien czas nie śmiałam go dotykać - stanowiło dekorację stołu, bo "na surowo" bardzo ładnie wyglądało.

Cóż jednak ma począć człowiek dość mocno uzależniony od słodyczy w niedzielę tuż po nowym roku? Sklepy zamknięte, wrodzona niechęć do zimna skutecznie uniemożliwia jakiekolwiek ekspedycje żywieniowe, a w lodówce przysłowiowy pingwin zamiast upragnionych łakoci. I tu z pomocą przyszedł nam właśnie wspomniany słoik :) Przygotowanie ciasta zajęło 5 minut, a po pół godzinie po domu rozszedł się smakowity zapach. Może nie wszystko wyszło idealnie, bo odrobinkę za długo przetrzymałam ciasto w piecu (bałam się, że jest wciąż zbyt wilgotne i pływające), nie przeszkodziło nam to jednak w zeżarciu połowy blachy. Z zawartych w słoiku składników wychodzi pyszne, aromatyczne i mocno czekoladowe ciasto, które skutecznie gasi nawet największy słodyczowy głód. Z pewnością zażyczę sobie jeszcze kiedyś taki prezent "w razie awarii zbij szybkę". I z pewnością sama też komuś taki wręczę. Muszę tylko znaleźć dokładny przepis na wnętrze słoika :) Dziękuję!