wtorek, 13 grudnia 2011

Bombka przestrzenna z domkiem - sezon drugi, otwarcie

Kultywując chlubne tradycje z zeszłego roku, kiedy to jak opętana tworzyłam mikroskopijne światki, niniejszym otwieram drugi sezon :) Pomysłów i inspiracji mam jeszcze więcej niż w roku ubiegłym, pytanie tylko, czy wyrobię się ze wszystkim w czasie. Ha, pożyjemy, zobaczymy :)

No to pierwsze koty za płoty - na początek grzeczne, układne bombki w dużych rozmiarach, z mnóstwem sztucznej i nie tylko roślinności oraz makietami od Sylwii Serwin.

Bombka 16 cm, pojedynczy zamek, chabazie i tradycyjny bałwanek, bez którego nijak nie mogę się obejść. Zdjęcie poglądowe przed zamknięciem kuli:

I zbliżenie na drugą stronę, gdzie na brzegu zamarzniętego jeziora wyrósł jakiś tajemniczy kwiat:

Gotowa bombka prezentuje się następująco:

A tak z drugiej strony:

Kolejna praca, bombka 18 cm, podwójna makieta zamku, wysypana piaskiem ścieżka i kto? No oczywiście, bałwan :) Zdjęcie "gołego" wnętrza:

Zbliżenie:

I cały zimowy krajobraz już za szybką:

A tu widok na ścieżkę i powykręcane drzewka:


Produkcja takich bombek to niesamowita frajda. Pod warunkiem oczywiście, że przymknie się oczy na latający wszędzie styropian, tony śmieci, brokat w cukierniczce, zarwaną noc i lekko poirytowaną drugą połowę :) Jakby na to nie patrzeć - warto! W następnej notce dwie kolejne prace, muszę tylko przekopać się przez ogrom zdjęć i coś wybrać. A w przyszłym tygodniu zapewne kolejne projekty, które już tłuką mi się po głowie :)

niedziela, 11 grudnia 2011

Kwiatowa kartka

Zdecydowałam się wziąć udział w niespodziance, którą na swoim blogu zorganizowała Megliken. Nie mam w takich akcjach zbyt wielkiego doświadczenia, ale postanowiłam nie szukać wymówek, posłać lenistwo do kąta i coś stworzyć. I tak powstała prosta kwiatowa karteczka. A ponieważ kwiatki są przestrzenne, więc chcąc nie chcąc musiałam dorobić kartce pudełeczko. Całość prezentuje się następująco:

Na kartce użyłam stempelka pożyczonego od Kasi (dziękuję!). Do tego tekturowa rameczka i zawijaski, parę kwiatków i gotowe. Nawet nie wiedziałam, że to takie proste, jak ma się pod ręką gotowe materiały :)

Mam nadzieję, że kartka spodobała się adresatce. Ciężko trafić w gust zupełnie nieznajomej osoby, ale trzymam kciuki, żeby choć trochę się udało. Swoją drogą to fajna zabawa, może wezmę udział w jakiejś kolejnej? :)

piątek, 2 grudnia 2011

Jak podarować narzędzia?

Czasem zdarza się tak, że mężczyzna zażyczy sobie prezentu w postaci młotka, gwoździ, kombinerek i śrubokręta, bo jest "na dorobku" i rzeczy owe potrzebne mu są do bieżących domowych napraw. Wszystko fajnie, jak chce to niech ma, ale jak podarować coś takiego? Wyjścia są dwa: albo przewiązać młotek wstążką, albo zainwestować w profesjonalne pudło narzędziowe. Pierwsza opcja jest dość banalna, druga - niestety kosztowna. Postawiona przed takim wyborem wymyśliłam zatem wyjście trzecie i postanowiłam własnoręcznie zrobić skrzynkę narzędziową.

W tym celu udałam się do Chomika, gdzie wycyganiłam spore tekturowe pudło z pokrywą. Potem napadł mnie pewien pomysł, wybrałam się zatem do zaprzyjaźnionego pana zegarmistrza i poprosiłam grzecznie o jakieś spady z naprawy zegarów - trybiki, śrubki, cokolwiek. I tu pojawił się problem, albowiem pan zegarmistrz odmówił współpracy i nie chciał dać mi niczego, choćby było niepotrzebne i zepsute. Nasłuchałam się też, że części te są szalenie niebezpieczne i absolutnie niedopuszczalnym jest, by zajmowała się nimi niewprawna osoba (to pewnie było o mnie). Na całe szczęście rozmowie przysłuchiwał się pan z sąsiedniego punktu ksero, który ulitował się nade mną i podarował mi stary, zepsuty budzik. Pan zegarmistrz tylko łypał pożądliwie spod oka, oczywiście nie na mnie, ale na ów wiekowy czasomierz i coś czuję, że w tym momencie przestał być zaprzyjaźniony. Trudno. W każdym razie dopięłam swego i po wybebeszeniu całego mechanizmu stałam się szczęśliwą posiadaczką różnego rodzaju żelastwa.

Wspomniane wcześniej pudło okleiłam papierami ViviGade oraz brązową wstążką, dołożyłam spersonalizowaną etykietkę i parę dodatków, a na koniec całość udekorowałam wnętrznościami budzika, które dla pewności przyszyłam szarą nitką. I tak powstała narzędziownia:




Może i nie wyszło mi jakieś super arcydzieło, ale z pewnością lepsze takie opakowanie na narzędzia niż żadne. Obdarowanemu się chyba spodobało, żonie na pewno, a mnie nie było głupio wręczać taki nietypowy prezent. Tylko zdjęcia ciemne mi wyszły, bo przy sztucznym świetle były robione.

Na marginesie - dowiedziałam się, że nie ma czegoś takiego jak śrubokręty. Tak przynajmniej mówią sklepowe etykietki. Całe życie byłam przekonana, że śrubokręty istnieją, kurczę, nawet ich używałam! Teraz nagle okazało się, że nie ma czegoś takiego, a kupić można jedynie wkrętaki. Straszne :P

czwartek, 27 października 2011

W poszukiwaniu czekolady...

...udałam się do Megliken i licząc na uśmiech szczęścia ustawiłam się w kolejce po TO:



Więcej szczegółów na blogu właścicielki: tutaj

piątek, 26 sierpnia 2011

Kogel-moogiel

Dawno nie zaglądałam na bloga, ale nie czuję się specjalnie winna - pogoda jest taka, że lepiej odgniatać tyłek na siodełku rowerowym niż dyszeć z gorąca nad kolejną warstwą lakieru. Doszłam do wniosku, że dekupażowe i pokrewne hobby nadaje się wyłącznie na miesiące jesienno-zimowo-wiosenne, latem zaś winno się wziąć od tego wszystkiego urlop :) Niemniej czasem sytuacja zmusza, by przysiąść pomimo skwaru i coś tam podłubać.

I tak powstał Mooglowy komplet dla zdeklarowanej fanki Final Fantasy łącznie ze wszystkimi przyległościami. Dla niewtajemniczonych: ten cały Moogiel, a właściwie Moogle to coś na kształt kota ze skrzydełkami jak u nietoperza i z pomponem nad czołem. W sumie dziwi mnie popularność tego stwora, bo co może być fajnego we wnerwiającym futrzaku, bezustannie powtarzającym "kupo"? Niemniej kociszcze znane jest każdemu finalowemu zapaleńcowi, a nawet doczekało się sporej liczby małych i trochę większych następców. U mnie Moogle wystąpiły w wersji podstawowej, na bardzo nieskomplikowanych kolczykach i bransoletce. Jako pomponików użyłam filcowych kuleczek, po które musiałam jechać na drugi koniec miasta, ale warto było :)


"Swój ciągnie do swego" - choć całe to drewno miało posłużyć człowiekowi, okazało się, że na kocią mordkę również pasuje. W rolę testera i kontrolera jakości wcieliła się Tifa:


A tu już pełnoprawna właścicielka prezentująca komplet na tle malowniczej zieleni:


Obydwie modelki wyraziły zgodę na publikację wizerunku, za co winna im jestem podziękowania :) Drugiej modelce dziękuję podwójnie, nie tylko za pozowanie, ale też za użyczenie własnych zdjęć kompletu, gdyż własnych zapomniałam popełnić :)


czwartek, 23 czerwca 2011

O długiej nieobecności słów kilka

O powodach mojej nieobecności na blogu mogłabym napisać długo i wyczerpująco. Ale kto normalny gadałby o pracy w dzień od niej wolny? Podobno jedno zdjęcie mówi więcej niż tysiąc słów. To poniżej co prawda jest lekko sepleniące, bo wykonane o godz. 19-tej telefonem komórkowym, jednak z pewnością widać na nim rozmiary szaleństwa, jakim zmuszona byłam się zajmować.


Zdjęcie powinno być zatytułowane: "Nigdy więcej" :P I to chyba tyle w kwestii nowego wpisu, przyjemności trzeba sobie dawkować. Niemniej w najbliższej przyszłości zamierzam wszystkie zaległości odrobić z nawiązką :)

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Jajo, jajco, jajuszko :)

Przez palce przeciekają mi ostatnie minuty świątecznej wolności, a od jutra znów trzeba będzie rzucić się w wir pracy. W związku z powyższym zaczynam zdradzać objawy typowej "niedzielnej depresji przed poniedziałkiem". Aby więc złagodzić to wrażenie zasiadłam przed kompem z silnym postanowieniem podzielenia się z szanownymi Czytaczami moją opinią na temat jajka. A brzmi ona następująco: "Mam serdecznie dość jakichkolwiek jajek". Może dlatego, że dłubałam kartki świąteczne, na których jajka występowały masowo. Może dlatego, że w przeciągu trzech dni zjadłam więcej jajek niż z reguły w dwa tygodnie. Może dlatego, że stworzyłam wiosenne jajko wypełnione wewnątrz zajączkami, ale jestem zła, bo kompletnie nie wyszły mi jego zdjęcia. A może dlatego, że nawet słodycze, które pochłaniałam, miały kształt jajek i również z jaja podawane były? Jakkolwiek by nie było, jestem przejajczona i widać to na każdym kroku. Choćby na wspomnianych już wcześniej kartkach. Poniżej wszystkie, które udało mi się zrobić, a kto dostał życzenia, niech swojej kartki poszuka ;)

Na pierwszy ogień kolorowa zbieranina - kartka z koszyczkiem, z rozbrykanymi zającami i z jajem, które miało udawać witrażowe:

Następnie zajączki - szary ze złotym dzwoneczkiem i nieśmiały biały z miękkiego filcu:

Dwie kartki jasnozielone z motywem oczywiście jajowym, koronką i filcową trawką:

Dwie niebieskie, z kwiatową wstążką i kartonem falistym, bo bardzo spodobało mi się to połączenie i przekornie chciałam zrobić coś w lekko chłodniejszej tonacji:

Dwie wściekło-żółte z papierowymi kwiatkami i guziczkami:

Dwie z maszerującymi kurczakami i zającami:

Oraz dwie z pojedynczym zajączkiem:

No i żeby nie być gołosłownym wrzucam też zdjęcie owego jaja do podawania jajek. Póki co, sam dół, bo góra jeszcze nie jest skończona. Dołowi też przydałoby się wykończenie, choćby warstewka lakieru, ale to już innym razem. Ważne, że jajco egzamin zdało i nie runęło pod słodkim ciężarem:


A na sam koniec moja dzisiejsza wpadka, niczym gwóźdź do zajajczonej trumny. Przy wspólnie rozwiązywanej krzyżówce (oczywiście miała kształt jaja) prześcigaliśmy się w odgadnięciu hasła końcowego. Widząc ujawnioną część liter palnęłam: "Pająk i jajeczko". Hasło brzmiało "Zając i baranek".

sobota, 2 kwietnia 2011

Before&After - część IV: dziadkowa niciarka

Bohaterem dzisiejszej notki jest niciarka. Prawdę mówiąc, nie wiem, jak poprawnie nazywa się to ustrojstwo: niciak czy niciarka, przyjmijmy dla potrzeb bloga jednak wersję drugą, bo bardziej mi się podoba :) Niciarka dostała mi się w spadku po dziadku i od pierwszego wejrzenia zapałałam do niej szczerą niechęcią. Bo to nie była żadna niciarka, o nie. Był to wyrób ludowy barwy ponurej. Co zresztą widać na zdjęciu poniżej.

Paskudztwo owe, pokryte złuszczającą się farbą, bliżej nieokreślonymi paćkami brudu oraz zastarzałym kurzem, prezentowało się żałośnie i gdyby nie było drewniane, zapewne stałoby się bezdomne w trybie natychmiastowym. Ale że z drewna było, to nim się zamachnęłam do kosza, oko zjechało mi tu i ówdzie, także do surowego wnętrza.

No i tak jakoś, po trosze z lojalności względem dziadkowego dziedzictwa, a po trosze z dekupatorskiego zacięcia, spędziłam nad tym pudłem trochę czasu i na złość parszywej szarzyźnie i kurzowi, obdarowałam niciarkę truskawkami, a co! Niechże ma coś od życia :)

Wnętrza nie udało mi się porządnie doczyścić, więc z lenistwa zabejcowałam je na ciemny kolor. Przynajmniej brudu nie widać. Wierzch pomalowany jest na kremowo, na to truskawkowy motyw z serwetki. Ponieważ od początku wiedziałam, że nikomu tego bubla wciskać nie będę, tylko tworzę wyłącznie dla siebie, domazałam truskawkom zielone trawska i zawijaski.

Dolne i górne krawędzie dostały czerwonych rumieńców, a "wieczka" zostały potraktowane krakiem. Przewiązałam je też zieloną wstążką i doczepiłam kokardki.

Górne truskawki były dużo większe od tych na bokach, dlatego mogłam dodatkowo ozdobić owoce wypukłymi "pestkami". Pestki zrobiłam złotą konturówką.

No i nieszczęsny uchwyt, na który do końca nie miałam pomysłu. Był odrobinę wypaczony i pęknięty, więc po pomalowaniu na czerwono, dostał bandaż z czerwonej wstążki i na zachętę domotałam mu jeszcze kokardę z truskawkowym guzikiem. Od razu go wyprostowało i nie widać, żeby cierpiał na jakieś schorzenia ;)

Wreszcie mogę bez wstrętu zawiesić oko na dziadkowej niciarce :) To nic, że kopie po oczach czerwone na przemian z zielonym. Przynajmniej optymistycznie wygląda i już nie straszy ponurą facjatą :)

niedziela, 20 marca 2011

"Szkice wenglem"

Dawno, dawno temu, gdy byłam jeszcze dość niezaawansowana wiekowo marzyłam o tym, by zostać Wielką Artystką. Najlepiej malarką, śpiewaczką albo aktorką teatralną. Początki miałam całkiem niezłe - gryzmoliłam różne bohomazy, koślawe koniki, dziwaczne pejzaże i abstrakcje wprost z mojej buntującej się duszy. Śpiewałam w szkolnym zespole i miałam swój własny solowy utwór, a z programem artystycznym jeździliśmy na różne przeglądy i konkursy dla dzieci. No i żadne szkolne przedstawienie nie mogło się beze mnie obejść, choćbym miała grać jedynie osiołka w ostatnim rzędzie. Ot, ciągnęło dzieciaka do sztuki :)
Życie jednak ma brzydki zwyczaj sprowadzania człowieka na ziemię i czyni to równie subtelnie, co rewolucja październikowa. U mnie w tej roli objawił się Rodzic, który ponuro stwierdził, że człowiek powinien mieć zawód, zaś malowanie turystów na rynku nie przełoży się na pełne garnki. I tak, miast szlifować talenta i oddawać się sztuce, potulnie wyuczyłam się ZAWODU. I to nie jednego, a nawet dwóch. I choć duszę wciąż ciągnie do sztuki, to cała reszta już jednak nie ta, bo za długo odłogiem leżała. Czasem jednak zdarza mi się popełnić jakiś bohomaz, z reguły na czyjeś wyraźne żądanie, bo tak sama z siebie to się wstydzę :)
Rezultatem owego wyduszania są trzy poniżej zamieszczone obrazki, które miały przedstawiać wilki. Pierwszy wyszedł mi jakiś smutny i wystraszony:

Drugi bardziej przypomina psa niż wilka:

A trzeci wygląda jak jakiś kudłaty łobuz:

Mimo "drewnianej ręki" i wyraźnego pójścia na łatwiznę, obrazki się przyjęły i dumnie zawisły na ścianie. A ja czuję się trochę jak Pulpa z książek Musierowicz i ciśnie mi się na usta mój ulubiony cytat:
"Kochana mam katar a Nótria w nocy hrapie i znuw zgóbiłam nowy długopis a tata powiedział rze mam robić szkice wenglem Skont wziońć wengiel Ja chce do domu Pulpa".

Nie, nie chcę do domu. Chciałabym mieć tyle lat co Pulpa, mieć pod ręką wspomniany "wengiel" i robić nim całą masę różnych szkiców :) I chciałabym robić to tak doskonale jak Rebecca Latham, niesamowita i ogromnie utalentowana rysowniczka. Tutaj niewielka część jej prac. Ech, móc TAK malować!

niedziela, 27 lutego 2011

Samosa - pyszne indyjskie pierożki

Samosy są w Indiach najpopularniejszą przekąską. I nie ma się czemu dziwić - smakują fantastycznie zarówno na gorąco, gdy parujące z rozerwanego ciasta aromatyczne nadzienie drażni kubki smakowe i parzy jęzor, ale i są doskonałe na zimno, np. następnego dnia. Chrupiące trójkątne rożki nadziewa się czym dusza zapragnie - w wersji bengalskiej np. farsz robi się z jagnięciny, pomidorów i zielonego groszku. Najlepsze jednak, moim zdaniem, jest klasyczne wegetariańskie nadzienie, które bez problemów można przygotować z łatwo dostępnych składników. Zacznijmy jednak od początku, czyli od ciasta.

Składniki na ciasto:
  • 450 g mąki (luksusowa lub zwykła)
  • 1 łyżeczka soli
  • 4 łyżki oleju roślinnego
  • szklanka ciepłej wody
Mąkę przesiać do miski, dodać sól oraz olej. Tu dygresja: właściwie powinno się używać ghee, czyli klarowanego masła, ale jestem zbyt leniwa, by samemu klarować, a kupne jest drogie i nie mam do niego zaufania. Spokojnie można ghee zastąpić olejem bez szkody dla ciasta :)
Mąkę z solą i olejem rozcierać w palcach i ugniatać, aż "ciasto" zacznie przypominać bułkę tartą. Powoli wlać ciepłą wodę i zagnieść wszystkie składniki. Przełożyć na oprószony mąką blat i ugniatać 5 minut, aż ciasto będzie elastyczne i gładkie. Zawinąć w woreczek i odstawić.

Pora przygotować nadzienie. Stworzymy go ze składników widocznych na zdjęciu poniżej:

Składniki na nadzienie:
  • 0,5 kg ziemniaków
  • 100-150 g mrożonego zielonego groszku
  • 1 nieduża cebula
  • ok. 4 cm kawałek świeżego imbiru
  • 1-2 papryczki chili
  • 2 łyżki posiekanych liści kolendry lub 1 łyżka pasty z kolendry
  • 2 łyżeczki kminu rzymskiego (kuminu)
  • 1 łyżeczka kolendry
  • 0,5 łyżeczki mielonej kurkumy
  • 0,5 łyżeczki garam masala
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • 2 łyżki oleju
  • jak już jesteśmy przy oleju - będzie nam też potrzebny do smażenia samosów
Ziemniaki obrać, pokroić w dość sporą kostkę, gotować we wrzątku ok. 10 minut, osączyć i przełożyć do miski. Groszek krótko obgotować, by był lekko twardawy, przepłukać zimną wodą, dodać do ziemniaków. Na małej suchej patelni podprażyć na niedużym ogniu nasiona kminu rzymskiego i kolendrę. Gdy mieszanka zacznie pachnieć, zdjąć z gazu i roztłuc w moździerzu.
Cebulę drobno posiekać, imbir obrać i również posiekać lub zetrzeć na tarce na małych łezkach. Ja z reguły używam tarki, ale wówczas imbir rozwarstwia się na takie drobne "włoski". Żeby temu zapobiec można pokroić imbir nożem na malutkie kawałki. Papryczkę chili przekroić wzdłuż, usunąć nasiona i drobno pokroić. W oryginalnym przepisie papryczki są zielone i występują w ilości 3 sztuk. Dla mnie to trochę za dużo, poza tym zielone ciężej dostać. Z reguły używam czerwonych i spokojnie wystarcza jedna, góra dwie.
Cebulę zezłocić na oleju. Dodać przyprawy - kmin rzymski, kolendrę, kurkumę i garam masala, chwilę smażyć razem. Dodać posiekany imbir i chili, krótko przesmażyć. Wrzucić na patelnię część ziemniaków, mieszać przez minutę, by dokładnie zebrały całą mieszankę przypraw z patelni i przełożyć z powrotem do miski. Dodać posiekaną kolendrę lub łyżkę pasty, wlać sok z cytryny, doprawić solą, wymieszać. Nadzienie powinno być lekko słone, z wyraźnym, dominującym smakiem przypraw, odrobinę pikantne, z lekko wyczuwalną kwaskową nutą. To bardzo ważne, bo same ziemniaki z groszkiem smakują raczej mdło i nieciekawie. Trzeba więc odpowiednio doprawić nadzienie, bo od niego zależy smak całej potrawy. Ja z reguły na tym etapie dosypuję jeszcze odrobinę kurkumy i garam masali.
Gotowy farsz powinien wyglądać mniej więcej tak:


Pora przygotować pierożki.
Oczywiście można je wykonać tradycyjnym sposobem z wycinaniem szklanką i składaniem na pół, ale to takie mało indyjskie :) Najlepiej wykonać je w sposób tradycyjny. Ponieważ trochę ciężko wytłumaczyć to "na sucho" prezentuję poniżej instrukcję obrazkową. Na zdjęciach widać więc moje łapki i kuchenny blat, bo nie dorobiłam się jeszcze stolnicy, przepraszam :)
Zacznijmy od tego, że z kawałka ciasta należy oderwać kulkę wielkości orzecha włoskiego i rozwałkować na okrągły placek. Placuszek przekroić nożem na pół i posmarować jego brzegi wodą.

Dalsze brzegi zawinąć i dokładnie skleić, aby powstał rożek.

Rożek odwrócić, do środka nałożyć łyżeczką nadzienie.

Brzegi założyć na zakładkę...

...i skleić, formując pozostałe dwa rogi pierożka.

Teraz pozostaje tylko wrzucić samosy na gorący olej i usmażyć za złoto, ok. 2-3 minuty z każdej strony. Usmażone pierożki osączyć z nadmiaru tłuszczu na papierowym ręczniku.

Samosy można też upiec w piekarniku, ale przyznam szczerze, że nie próbowałam. Jestem wierna tradycyjnej, niezdrowej wersji, niestety :)

Z czym podawać samosy? Doskonale komponuje się z nimi raita z poprzedniego wpisu, albo chutney z mango, czy tamaryndowca. A jeśli nie ma pod ręką nic pasującego? Samosy znikną tak czy siak. Są na tyle smaczne, że nie potrzebują towarzystwa :)

sobota, 26 lutego 2011

Raita - prosta indyjska przystawka

Kuchnia indyjska to prawdziwa masala - przebogata mieszanka smaków i zapachów. Tajemnicą niepowtarzalnego smaku i aromatu indyjskich dań z pewnością są przyprawy. Sporo indyjskich potraw jest pikantnych, ale oczywiście nie wszystkie. Do tych jednak, które lekko przypiekają kubki smakowe świetnie pasuje prosta indyjska przystawka - raita.
Raita swoją konsystencją właściwie powinna przypominać sos, ja jednak wolę wersję bardziej sałatkową. Jej głównym składnikiem jest gęsty jogurt i ogórek. Z założenia raita powinna mieć łagodny, orzeźwiający smak i stanowić idealne dopełnienie dla pikantnego i aromatycznego dania głównego. Przepisów na raitę jest całe mnóstwo. W jednych ogórek występuje samotnie, w innych towarzyszy mu pomidor. W niektórych orzeźwiającej nuty dostarcza mięta, gdzie indziej świeża kolendra. Moja wersja raity jest łatwa i prosta. Oczywiście najlepiej przygotowywać ją w sezonie, gdy świeżych ogórków i pomidorów mamy pod dostatkiem, ale i zimą może smakować całkiem nieźle.

Co będzie potrzebne?
  • 5 średniej wielkości ogórków
  • 1-2 nieduże pomidory
  • mały kubeczek gęstego jogurtu naturalnego (np. bałkański, grecki)
  • łyżeczka oleju roślinnego
  • garść świeżych liści kolendry lub dwie łyżeczki pasty z kolendry
  • 1 łyżeczka czarnej gorczycy
  • sól, pieprz do smaku
Wspomnianą wyżej świeżą kolendrę można kupić w doniczce - w prawie każdym markecie. Trzeba ją jednak prędko zużyć, bo delikatne listki szybko więdną. Można użyć też gotowej pasty z kolendry, choćby takiej jak na zdjęciu poniżej. W zastępstwie kolendry może wystąpić także mięta - świeża lub w postaci suszu.

Przygotowanie:
Ogórki obrać, pokroić w kostkę, przełożyć do miski. Pomidora sparzyć wrzątkiem, obrać ze skórki, drobno pokroić i odsączyć na sitku z nadmiaru soku. Na małą patelnię wlać łyżeczkę oleju i wsypać czarną gorczycę. Przykryć szczelnie pokrywką i podgrzewać na wolnym ogniu. Pod wpływem ciepła ziarenka popękają, wówczas należy zdjąć patelnię z gazu. Do ogórków dodać pomidora, gorczycę i posiekane listki kolendry (lub dwie łyżeczki pasty). Całość wymieszać z jogurtem, doprawić do smaku solą, odrobiną pieprzu i gotowe!

Gotową przystawkę serwować z ... no właśnie :) Raita świetnie pasuje do prezentowanego powyżej indyjskiego dania. Co to takiego i jak się to przyrządza - już niebawem.

czwartek, 17 lutego 2011

Święto Śierściucha

Z okazji Światowego Dnia Kota pozwalam sobie zaprezentować sylwetki dwóch przedstawicielek kociego gatunku, z niewiadomych powodów okazujące wyrozumiałość i pobłażanie dla rodzaju ludzkiego i w związku z tym zezwalające łaskawie na moją skromną obecność w ich najbliższym otoczeniu, a także pełnienie funkcji kucharza, kelnera, drapacza i sprzątacza.
Oto Moona i Majka, znane także jako Futra, Bułki oraz Bida z Nędzą. Wiem, że jakość zdjęcia pozostawia wiele do życzenia, ale te małpy nigdy nie chcą pozować do zdjęć, a już do wspólnego - za żadne skarby!


Moona nosi imię po swoim Chrzestnym i wbrew temu, co sugerowałaby nazwa, wcale nie jest okrągła i świetlista. Jest czarna jak noc i bywa, że czarny ma także charakter :P Czasem zwana jest także Wampirzym Pałąkiem, głównie wtedy gdy przeciąga się, miauczy i ziewa równocześnie. Upiorny widok :) Moona chadza własnymi drogami, które z reguły kolidują z moimi własnymi (szafka z ciuchami z pewnością nie jest dla kota). Moona wyznaje zasadę "Jeśli naprawdę muszę coś zrobić, to zrobię wszystko, żeby nikt sobie o tym nie przypomniał" oraz "Drzemka to sens kociego istnienia" i obu tym zasadom hołduje z wielkim zaangażowaniem, co widać na poniższym zdjęciu:

Majka ma wielkie serce. I wielki zadek. Jest potwornie ciężka i często służy jako przycisk do koca. Ten sporych rozmiarów, głośno pracujący termofor skutecznie rozgrzewa nawet w najzimniejszy dzień. Majka zjadła zęby na trudach codziennego życia i ostał się jej tylko jeden :) Z tego powodu czasem w specyficzny sposób wykrzywia pyszczek i wygląda jak Naczelny Koci Cynik. Z reguły mordkę ma jednak przyjazną i jako jedyna przybiega na zawołanie.

Bywają dni, kiedy mam ochotę i burasa, i czarnucha oddać myszom na pożarcie. Ale tylko w chwilach słabości. Tak naprawdę mocno kocham obydwie znajdy i wylewnie okazuję im swoje uczucia każdego dnia (nie zawsze są zachwycone :P). Z okazji dzisiejszego święta życzę im: miliona opakowań Sheby "Kurczak w delikatnym sosie", samosprzątającej się kuwety, nieginących piłeczek i perskiego dywanu do drapania :) Wszystkiego najlepszego, Futra!