poniedziałek, 27 grudnia 2010

Zimowa bombka krajobrazowa - prace zebrane :)

Dzisiejszy wpis będzie długi i rozbudowany, za co z góry przepraszam. Po prostu trudno z takiej ilości pracy i jeszcze większego ogromu zdjęć zrobić przyzwoite streszczenie :) Poniżej zamieszczam zdjęcia większości moich tegorocznych... no właśnie - jak to się fachowo nazywa? Zimowa bańka, bombka, kula? Zimowy świat zamknięty w bańce? Świąteczny krajobraz w kuli? Chwała temu, kto jakoś uporządkuje to nazewnictwo i wskaże jednoznaczne, poprawne określenie. Do rzeczy jednak. Poniżej grupowe zdjęcie wykonanych przeze mnie baniek:

A tutaj już kolejne zbliżenia na poszczególne bańki. "Kaczkową" prezentowałam wcześniej, jeszcze przed zamknięciem, tak prezentuje się w ostatecznej wersji:

Tu jeszcze jedno zbliżenie na wnętrze z ogrodzonym domkiem, bałwankiem i rzeczoną kaczką w stawie:

Poniższa banieczka też miała już swoją premierę w tzw. stanie przejściowym. Gotowa wygląda następująco:

Oczywiście nie mogłam darować sobie zbliżenia na Gonzaleza, lampę i mostek:

I jeszcze bańka od strony płynącej rzeczki, chaszczy i tyłu domków:

Kolejna bombka - o nazwie roboczej "Urząd gminy". To chyba ze względu na duży plac w centralnej części i dość oficjalny dizajn budynku po lewej ;)

Tutaj widok z góry na wspomniany plac. Do jego wykonania użyłam farby strukturalnej Stein-farbe w kolorze sandgold. Dostałam kiedyś w prezencie słoiczek, jakiś czas przeleżał w pudle i czekał na swoją kolej, no i proszę, było jak znalazł. Pasta świetnie nadaje się do wykonywania takich "nawierzchni", nawet do kładzenia na mokro, a po wyschnięciu faktycznie wygląda jak zrobiona z piasku, w dodatku ładnie opalizuje dzięki zawartości złotych drobinek.

Tutaj zbliżenie na choinkę wykonaną z meksykańskiej szyszki (o której później) oraz na ławeczki (z drucika, wykałaczek i drewnianych mieszadełek do kawy). Ławeczki pomalowałam farbką niecnie podebraną mojemu mężczyźnie. Uwaga, w tym miejscu reklama - najlepsze są farbki Model Color firmy Vallejo. Mają piękne kolory, są idealnie matowe i doskonale kryjące. Świetnie sprawdziły się przy wszystkich wykonywanych przeze mnie malutkich modelach - lampach, ławkach, płotkach itd.

Poniżej druga, bardzo podobna bombka, ale tym razem z mniejszym placem, za to w środku zmieścił się jeszcze bałwanek (ostatni jaki mi został):

Ponieważ skończyły mi się poprzednie lampy, zmuszona byłam stworzyć nowe. Poszłam na łatwiznę - na druciku umieściłam gumowe baranki do sztyftów i złote koraliki:

Tak wygląda placyk z bardzo bliska. Na choince zamiast bombek są kropelki z Perlen pena (trochę nierówno, ale co tam):

A tu zbliżenie na jeden z domków i latarnię:

Postanowiłam też poeksperymentować z mniejszym rozmiarem baniek, zwłaszcza, że walały mi się pod domu niewykorzystane domki w wersji mini. Te bombki zrobiłam w wersji "pół na pół" to znaczy, że jedna połowa była przezroczysta, a druga zamalowana na niebiesko imitowała niebo:

Cieniowanie nieba wyszło mi nie najlepiej, na szczęście nie zwraca zbytnio na siebie uwagi. Na łączeniu połówek, zamiast wstążki - biała samoprzylepna koronka papierowa:

Wnętrze bańki z gwiazdkami na niebie, naklejonymi od środka:

I jeszcze rzut oka na wysypaną drobnym piaseczkiem ścieżkę:

Na deser - moja ulubiona bańka, a właściwie łezka. A może kropelka? Jak zwał, tak zwał - dla mnie jest to po prostu owieczka:

Nie, nie, owieczki nie robiłam sama. To gotowe zwierzątko firmy Schleich (robią chyba najładniejsze figurki zwierzątek, jakie widziałam). Owieczkę położyłam na naturalnych igłach, mających imitować siano, a obok ustawiłam zrobiony przeze mnie paśnik:

Paśnik zrobiłam z patyków do szaszłyków, wykałaczek, szpilek i mocnej nici. Daszek zrobiony jest z łusek obdłubanych z szyszki, umocowanych na kartonie przy pomocy kleju. Klejem popaćkane jest też wnętrze paśnika, by trzymało się wsypane do niego "siano". Na paśnik zużyłam miesięczny zapas epitetów i słów powszechnie uważanych za obraźliwe. Najprawdopodobniej dlatego, że poszłam na żywioł i robiłam paśnik zupełnie bez planu, wzoru i jakichkolwiek przygotowań. Ot, pospinałam i posklejałam jakieś patyki i jeszcze miałam wymagania, żeby to się kupy trzymało ;)

Obok udało mi się jeszcze upchać mikroskopijną szyszkę imitującą choinkę i jakiś krzaczek. Z rozpędu ośnieżyłam też owieczce ucho :)


Owieczka jest jedyną banieczką, która pozostała ze mną w domu. Cała reszta znalazła już swoich nowych właścicieli. Sam proces produkcji tak bardzo mi się spodobał, że z pewnością do niego jeszcze wrócę. Chwilowo zarządziłam przerwę, ku wyraźnej uciesze mojego mężczyzny, który choć dzielnie wspierał mnie przy wszystkich trudnych i wymagających siły czynnościach, ostatnio zasugerował: "Kochanie, może następnym razem znajdziesz coś, co nie będzie wymagało użycia młota pneumatycznego?". W sumie mu się nie dziwię - słowa te padły w niedzielę późnym wieczorem, gdy piłował przy pomocy wiertarki meksykańską szyszkę - pieroństwo nad wyraz twarde i niewdzięczne do obróbki :)

Niniejszym dziękuję oficjalnie Vilcusowi za wsparcie i pomoc techniczną, Migoshi za inspirację i wprowadzenie w tajniki tworzenia, oraz Kasi za umieszczenie mojego po-twora na swoim blogu :)

sobota, 25 grudnia 2010

Kartki świąteczne

Korzystając z chwili wolnego czasu wrzucam kartki, jakie wykonałam w tym roku. Wszystkie znalazły swoje przeznaczenie i nowe domy, do których dotarły pocztą. Jedne są mniej, inne trochę bardziej dopracowane, no i oczywiście nie ze wszystkich jestem zadowolona, ale dla samej frajdy tworzenia - warto było :)

Dwie czerwone:

Zielona i złota z przeplecioną wstążką:

Złota z dzwoneczkami i tzw. piernikowa:

Srebrna prezentowa i granatowa ze śnieżynkami:

Zielona z filcowymi choinkami i bombkowa:

Srebrna z ławeczką i biała z ośnieżonym domkiem:


Za lekcje instruktażowe i przełamanie oporów dziękuję Kasi :)

środa, 1 grudnia 2010

Gralicja III - czyli o grach i smrodzie

Gralicja jest imprezą dla maniaków gier planszowych. Przez dwa dni za symboliczne 3 zł można zasiąść w szkolnych ławach z wypożyczoną grą i grać ze znajomymi do upadłego, przy czym wiek, wygląd i sytuacja społeczna graczy nie ma absolutnie żadnego znaczenia.

Jak tu się więc oprzeć pokusie? Na pierwszy ogień poszła "Finca" - śliczna, kolorowa gierka o zbiorach i dostawach owoców :) Tutaj gracze dzielnie starają się o nowe towary oraz osiołki do ich transportu:



A tak wyglądają same owoce: pomarańcze, figi, winogrona, oliwki... Gra jest pięknie wydana, przyjemna dla oka, a do tego prosta i łatwa "w obsłudze". Już wylądowała na naszej wish-liście :)


Następnie zagraliśmy w "Pandemic" - kooperacyjną grę o ratowaniu świata przed zarazą. Niestety, pomimo ofiarnej współpracy, sromotnie przegraliśmy, w wyniku czego postanowiłam nie robić grze fotki. A co! Zdjęcia doczekała się natomiast kolejna pozycja - "Stone Age". Równie pięknie wydana, z mnóstwem drewnianych elementów, kart i żetonów, a także skórzanym kubeczkiem do rzucania kośćmi :) Na zdjęciu wspomniany kubek w dłoniach współgracza (mam nadzieję, że nie będzie miał nic przeciwko uwiecznieniu).


Ogólnie bawiliśmy się fantastycznie, o wiele lepiej niż pół roku temu. Jedynym problemem był unoszący się w powietrzu przykry fetor. Im bliżej szatni, tym bardziej rosło jego stężenie. Do tego stopnia uprzykrzał on życie grającym, że pod koniec dnia na drzwiach pojawiła się taka oto dosadna karteczka:


I tym mało optymistycznym, za to mocno śmierdzącym akcentem, pozwalam sobie zakończyć relację z ostatniej Gralicji. Do zobaczenia na kolejnej (oby już bez smrodu)!