niedziela, 28 listopada 2010

Before&atfer - część III: słoiki z przeszłością

Dawno, dawno temu, gdy jeszcze mieszkałam w domu rodzinnym postanowiłam, że kiedyś, gdy będę mieć własne mieszkanie, w mojej przestronnej, jasnej kuchni przez całą szerokość ściany rozciągać się będzie półeczka, a na niej stać będą słoiki z przyprawami. Wszystkie jednakowej wielkości, z ładnymi kolorowymi etykietkami, w ilości znacznie przekraczającej przeciętną normalnego polskiego domu.

Cóż, mieszkanie, w którym obecnie mieszkam, nie jest jeszcze moje. Usilnie staram się, by moim pozostało, ale to zapewne potrwa jeszcze długie lata. Słoików z przyprawami jednak nie umiałam sobie odmówić. I tu przechodzimy do sedna sprawy. Początkowo przyprawy miały swoje miejsce w słoiczkach po kawie Tchibo. Ładne, proste słoiki z granatową nakrętką były pojemne i wydawały się wprost stworzone do tego celu. Niestety, kolekcja skończyła się na kilkunastu sztukach, bo wkrótce Tchibo wprowadziło nowe opakowania, może i w ciekawszej formie, za to do przechowywania zielska i ziarenek zupełnie nieprzydatne.

Potrzeba, jak wiadomo, jest matką wynalazku. Zaczęłam więc używać tego, co miałam pod ręką, a potem rozesłałam wici wśród rodziny i znajomych. I tak na mój dom spadł w krótkim czasie istny grad charakterystycznych słoików z zieloną nakrętką:


Ku mojej uciesze takie słoiki można znaleźć w prawie każdym sklepie. Mało tego, mają wciąż ten sam dizajn. Uzbierało się ich już tyle, że nawet gdybym coś stłukła, albo odkryła kolejną egzotyczną przyprawę, pojemnik zawsze się znajdzie :) Gorzej z miejscem na parapecie, bo tam wchodzą tylko 33 sztuki. Resztę trzeba na razie upychać po kątach. Postawiłam na prostotę i zdekupowałam jedynie nakrętki. Słoiki są często używane, macane paluchami i przestawiane, dlatego musiały być w miarę praktyczne. Tak wygląda część mojej kolekcji:

Na pokrywkę położyłam dwie warstwy podkładu i trzy farby akrylowej. Na to nakleiłam zwykłą kartkę wydruku laserowego, odpowiednio przyciętą do powierzchni i całość zabezpieczyłam kilkoma warstwami lakieru szklącego. Śliska powierzchnia nie łapie zbyt dużo brudu i łatwo ją zmyć choćby pod kranem.

Kolekcja powoli rośnie, ku mojej wielkiej radości i zgrozie rodziny, a ja zastanawiam się, skąd wytrzasnąć tak pojemną półeczkę...

poniedziałek, 15 listopada 2010

Kula kaczkowa - zimy w bańce ciąg dalszy

Zgodnie z obietnicą - dziś wnętrze kulki kaczkowej. Tak wygląda cała panorama:Tutaj zbliżenie na ogrodzony domek, bałwana i jezioro z kaczką:

A tu już wspomniana kaczka:


Wkrótce zamknę te "półprodukty" w bańkach i wtedy zaprezentuję je w pełnej krasie. Póki co, dalej wymyślam nowe odsłony zimowego świata. Udaję się zatem na poszukiwanie weny. Bez odbioru :)

niedziela, 14 listopada 2010

Kula mostkowa, czyli ciąg dalszy zimy w pigule

Zimowej kulkomanii ciąg dalszy. Kolejna bańka nosi roboczą nazwę "mostkowa" ze względu na centralny element krajobrazu. Na razie wklejam zdjęcia samego wnętrza, gdyż spora warstwa pasty strukturalnej wysycha powoli i zanim zamknę kulkę musi upłynąć jeszcze trochę czasu. Ale przynajmniej światło się nie odbija i lepiej widać całość:

Tutaj tylna część bańki z wodą, krzakami i drzewkiem:

A tutaj zbliżenie na wspomniany mostek, drogę wysypaną piaskiem i kamyczkami, latarnie oraz oczywiście Gonzaleza, który właśnie znalazł swój dom :)

Jutro fotorelacja z kulki "kaczkowej" :)

piątek, 12 listopada 2010

Zima w kulce, czyli przypływ kreatywności

Ostatnio zauważam u siebie nagłe napady kreatywności. Pomysły napadają mnie o różnych dziwnych porach (patrz chociażby bałwanki: http://rzekotka.blogspot.com/2010/10/ale-bawan.html). Wczoraj zaś, zainspirowana oglądanymi przez mojego Mężczyznę makietami kolejowymi, dłubałam mikroskopijne latarnie (przepraszam, że centralną część zdjęcia stanowi papier toaletowy, ale służył jako stojak).


Wszystkie te dłubaniny miały pozostać na długo w ukryciu, zanim nie skończę całości i nie obdaruję wcześniej wytypowanych osób, ale do diaska, nie mogłam się powstrzymać po skończeniu pierwszej kulki. Wygląda następująco:
Wewnątrz znalazło się miejsce na domki, chaszcze, bałwanka i latarnię. Kompozycja trochę mało przemyślana, ale zwalam to na karb tremy, która dopadła debiutantkę.


Z drugiej strony rośnie sobie świerczek i trochę więcej chabazia.


Inspiracją był pokaz p. Małgosi, po którym zapadłam na ciężką kulkomanię. U Migoshi na blogu bańki już dawno wiszą, a i ja wkrótce zamierzam wrzucić resztę, bardziej urozmaiconą i dopracowaną. Do zobaczenia zatem i wracam do płotów :)

niedziela, 7 listopada 2010

Obiecany talerz

Od rana dłubię, wycinam i kleję, a od ilości pomysłów spuchł mi łeb. Ponieważ skończyły mi się dostępne materiały (drżyj, Chomiku!) postanowiłam skorzystać z wolnej chwili i wrzucić zdjęcia obiecanego talerza. Z góry uprzedzam, to nie jest żadne cudo, to mój pierwszy eksperyment z krakiem dwuskładnikowym. Choćby z tego powodu cieniowanie motywu zupełnie leży i wygląda jak kupa.

Za to sam krak wyszedł całkiem nieźle, a wypełnione złotą porporiną spękania zaspokoiły moją sroczą potrzebą pstrokacizny. Średnio to wszystko do siebie pasuje, ale co tam! Latającego talerza z tego nie zrobię, posłuży za to jako patera na słodkości.


Kolejny talerz czeka w kolejce, a następny mam nadzieję wcisnąć w twórcze łapy mojej samokrytycznej siostry. Niecierpliwie czekam na wspólne krakanie :)