niedziela, 31 października 2010

Uciekając przed zgłodniałą hordą...

Koty niestety nie mają automatycznej funkcji zmiany czasu letniego na zimowy. Domagają się więc obiadu godzinę wcześniej, a ja postanowiłam być nieugięta. Z tego powodu zmuszona byłam zabarykadować się w pokoju i wysłuchuję kocich wrzasków przez drzwi. Dla odreagowania popełniam ten oto wpis, wyjaśniający moje podejście do kotów rasowych.

Za co lubię koty rasowe?

1. Za umiejętność zasypiania w każdych warunkach i o dowolnej porze.


2. Za fotogeniczność i pogodę ducha.


3. Za niekłamany urok osobisty, intrygujące spojrzenie i arystokratyczną urodę.


4. Za wylewność i umiejętność właściwego doboru przyjaciół.


Za co nie lubię kotów rasowych?

1. Za zarozumiałość i pychę.


2. Za wygląd urągający wszelkim normom estetycznym i drażniące podobieństwo do obcych form życia.


3. Za próżność i niezdrowe zamiłowanie do błyskotek.


4. Za nudę, marazm i ostentacyjnie okazywane zmanierowanie.


Zdjęcia pochodzą z ubiegło- i tegorocznej wystawy kotów rasowych :)

poniedziałek, 25 października 2010

Ale bałwan!

Normalny człowiek w niedzielne popołudnie zajmuje się miłymi, relaksującymi rzeczami. Czyta książki, ogląda filmy, spaceruje, słowem dba o to, by nic nie zakłóciło mu niedzielnego odpoczynku. Normalny człowiek nie wpada nagle na pomysł robienia miniaturowych bałwanków i nie ślęczy nad nimi bite sześć godzin. Nie biega też szaleńczo po domu w poszukiwaniu "jakiegoś materiału na miotłę", tudzież "czegoś, co mogłoby robić za kapelusze".

Cóż, nigdy nie twierdziłam, że jestem normalna. Powiem więcej, chyba mi się jeszcze pogarsza, ale jakoś mnie to nie rusza. Uważam, że zabawa była fantastyczna. Do tego stopnia, że mój Mężczyzna, który dłubał obok macedońską armię, porzucił swoich wojaków na rzecz moich białych bałwanków. W efekcie poszliśmy spać o północy, a dziś od rana ziewam. Mimo to nie czuję się jak bałwan, warto było :)

Zdjęcia bałwanków wieczorem :)

Update:
A oto obiecane bałwanki , cytując za "Wiedźminem" - Orm, Gorm, Torm, Horm i Gonzalez. Łatwo zgadnąć, który to Gonzalez :)




Chwilowo nie zdradzę, do czego posłużą bałwanki. Wspomnę tylko, że będą częścią większego projektu. Relacja wkrótce.
Update:
Wrzucam większe zdjęcie fioletowego kapelusza jako podpowiedź :)


I kolejne zdjęcie, które naprawdę dużo podpowiada:

czwartek, 21 października 2010

Before&after: część II - toaletka

Całkiem niedawno wygrzebałam w tanich ciuchach dość leciwą mini-toaletkę. Albo szkatułkę na biżuterię, jak kto woli. Rupieć wyglądał następująco:

Skrzyneczka była w dość kiepskim stanie - miała urwane zawiasy, utłuczony bok szufladki i ogólnie wyglądała niezbyt zachęcająco. Zapewne dlatego kosztowała jedynie 10 zł.

Pomyślałam sobie, że warto poświęcić rupieciowi trochę czasu, bo ma spory potencjał i jeszcze może wyglądać całkiem przyzwoicie. Zaszpachlowałam dziury, przemalowałam skrzyneczkę na jasny kolor i ozdobiłam motywem różanym (to chyba moja pierwsza praca o tej tematyce). Gotowa toaletka wygląda tak:

Zrobiłam też pierwsze podejście do past modelarskich i wewnętrzne lustereczko postanowiłam ozdobić listkami. Wyszło trochę średnio, ale też masa nie bardzo chciała ze mną współpracować. Listki odrobinę postarzyłam, żeby nie straszyły śnieżną bielą w oczy. Na poniższym zdjęciu skrzyneczka pozuje z moją indyjską biżuterią. Pasuje to do siebie jak do świni siodło, ale niestety nie posiadam czegoś bardziej odpowiedniego stylowo, jakichś pereł czy srebra :)

Był to też mój pierwszy raz z cieniowaniem kolorami. Jest to dość czasochłonne, ale widzę, że warto, obrazki faktycznie zyskują na głębi i wyrazistości. Z pewnością nie jest to moje ostatnie cieniowanie w tej technice.

Skrzyneczka stała się prezentem dla rodziny. Nowa właścicielka powiedziała: "Ojeeeej, jakie to ładne, będę z nią spać i nie oddam!". I tak stary klamot zyskał na nowo funkcję użytkową, a ja poczułam dziką satysfakcję, że wydatnie mu w tym pomogłam :)

środa, 20 października 2010

Ojców jesienią

Usłyszałam niedawno taką historyjkę: moja ciocia będąc w ciąży poczuła pewnego razu przemożną chęć udania się do lasu na spacer. Kobietom ciężarnym chce się różnych rzeczy i nieważne czy jest to śledź, kiszony ogórek czy truskawki, z reguły te zachcianki się spełnia. Nie byłoby więc nic dziwnego w tym, że na wspomniany spacer do lasu ciocia się wybrała, gdyby nie fakt, że był to środek zimy, śniegu po pas, a ona była w siódmym miesiącu ciąży. Nie powstrzymało to jednak przyszłej mamy od zwiedzania Ojcowa :)

Mając w pamięci magiczną siłę przyciągania ojcowskich lasów postanowiłam resztki urlopu spędzić na szlaku turystycznym i odwiedzić co ciekawsze miejsca. Nie bacząc na pogodę, która straszyła deszczem i chłodem, ruszyliśmy wariacko wytyczoną trasą - prosto z busa przez Czajowice aż do Groty Łokietka. Potem niebieskim szlakiem przez Bramę Krakowską.

Dalej ścieżką wzdłuż Prądnika, podziwiając las w jesiennej odsłonie. Tu powoli zaczęłam odczuwać w nogach przemierzone kilometry :)

Zawitaliśmy też na Zamek, gdzie poza ziewającym sprzedawcą biletów nie było nikogo. Dzięki temu w spokoju mogliśmy wszystko dokładnie obejrzeć.

Dotarliśmy też do kapliczki na wodzie, przy której stwierdziłam, że z całą pewnością bolą mnie nogi :)

Dzielnie szliśmy jednak dalej i dotarliśmy bodajże do Grodziska, skąd zabrał nas akurat przejeżdżający tamtędy bus. Po przejściu prawie 10 km z radością daliśmy się zawieźć do Krakowa :)

Wypad uważam za bardzo udany. Konkluzje z wycieczki wysnułam następujące:
  • Doskonale rozumiem ciocię. Ojców wygląda malowniczo o każdej porze roku.
  • Stanowczo powinnam częściej wypuszczać się na piesze wycieczki. Byłoby to z pewnością zbawienne dla mojej kondycji.
  • Tubylcy to bardzo zaradni ludzie. Potrafią sterczeć w środku lasu przy niesprzyjającej aurze i sprzedawać coś na kształt pamiątek z kramików przykrytych folią.
  • Nie trawię młodzieży w wieku szkolnym. Wspólne zwiedzanie jaskini byłam w stanie przeżyć, ale marsz przez las wśród krzyków i gwizdów już nie bardzo. Czarę goryczy przepełnił jakiś młodzian z wielkim drewnianym toporem, zakupionym u wspomnianych tubylców. Wymachując owym narzędziem zakomunikował kolegom: "Ale se tym zrobię w chałpie chaosa". Młodzież była z Poronina.

wtorek, 12 października 2010

Świecznik na jesienne wieczory

W oczekiwaniu na jesienną słotę i wieczory przy herbatce z cynamonem i goździkami popełniłam taki oto świecznik na jednego tealighta. Drewniany świecznik pomalowałam farbą w kolorze kości słoniowej i ozdobiłam wzorkami z serwetki. Te krzywe brązowe fifajstry na górze świecznika to już niestety moja radosna twórczość wykonana pędzelkiem :)


Świecznik pomalowałam kilkoma warstwami lakieru - najpierw zwykłego błyszczącego, potem szklącego (daje świetny efekt gładkiej i błyszczącej powierzchni). Wypukłe kropeczki zrobiłam złotym perlen penem.


Nie jest to może wybitne dzieło sztuki, ale i tak cieszy oko. Przyda się na chłodne, jesienne wieczory dla ocieplenia atmosfery. Tylko cynamonowe świeczki muszę dokupić :)

sobota, 9 października 2010

Rosół (prawie) doskonały

Wydawać by się mogło, że ugotowanie rosołu to sprawa banalnie prosta. W końcu wystarczy wrzucić kawałek mięsa + jakieś jarzyny do gara i gotowe. Tymczasem zrobienie naprawdę dobrego rosołu, to prawdziwa sztuka, którą warto zgłębić chociażby z uwagi na fakt, że rosół stanowi bazę do całej masy innych zup i jest ich świetną podstawą.

Buszując tu i ówdzie w sieci znalazłam kilkanaście przepisów na rosół - od całkiem przyzwoitych i treściwych, do zupełnie pokręconych i nie do zaakceptowania (jak można gotować rosół na wieprzowinie??). Postanowiłam zatem zamieścić swój przepis, oparty na własnych doświadczeniach, dziadkowej tradycji i kilku sztuczkach wyniesionych ze szkoły. A nuż się komuś przyda. Do dzieła zatem!

Składniki na duży garnek zupy:
  • ok. 0,5 kg mięsa wołowego (np. pręga, mostek, szponder)
  • jedna lub dwie nóżki kurczaka
  • 4 marchewki
  • 1 spory seler (najlepiej razem z nacią)
  • 2 pietruszki
  • 3 nieduże cebule
  • kawałek pora
  • ćwiartka włoskiej kapusty
  • kilka ziaren ziela angielskiego
  • kilka liści laurowych
  • kilka ziaren czarnego pieprzu
  • świeżo posiekana zielona pietruszka
  • sól
  • makaron do podania
Przygotowanie:
Mięso dokładnie opłukać i zalać zimną wodą (mięso na rosół zawsze zalewamy zimną wodą, by wszystkie składniki smakowe i odżywcze mogły stopniowo uwolnić się z mięsa i przejść do wywaru). Doprowadzić do wrzenia, łyżką cedzakową bardzo dokładnie zebrać wypływające szumowiny. Ja posuwam się jeszcze dalej - po krótkim obgotowaniu mięsa wyłączam gaz i cedzę rosół przez bardzo gęste sito, tak by w garnku nie znalazły się żadne nieapetyczne "kłaczki". Odcedzonym wywarem na nowo zalewam mięso, dodaję sól, liście laurowe, ziele angielskie oraz całe ziarna pieprzu i gotuję na niedużym ogniu, tak by rosół tylko "mrugał". Ważne: gotujemy bez przykrycia, dzięki temu zupa pozostanie klarowna. W czasie, gdy mięso powoli się gotuje, przygotowujemy warzywa - obieramy marchew, seler i pietruszkę. Tu znów ciekawa uwaga - przy obieraniu selera i pietruszki warto pozostawić górną część warzywa, tę gdzie zaczyna się nać (z reguły ma taki fioletowawy kolor). Nie powinno się tej części obcinać, a jedynie delikatnie obrać dookoła, pozostawiając jak najwięcej, dlatego że tu właśnie znajduje się najwięcej olejków eterycznych i substancji smakowo-zapachowych, dzięki którym zupa będzie bardziej wyrazista i aromatyczna. Cebulę po obraniu należy przekroić na pół i przekrojoną stroną położyć na palniku gazowym, by się lekko przypiekła. Taka "podpalana" cebula nadaje ładny kolor zupie i wpływa na dobry smak potrawy. Dla koloru można też pozostawić jedną warstwę łupinki na cebuli. Por, nać selera i kapustę dokładnie opłukać. Warzywa można pokroić na mniejsze kawałki lub pozostawić w całości.


Mięso gotować 30-50 min. Po tym czasie wyjąć nóżki kurczaka, gdyż ugotują się szybciej niż wołowina. Kurczaka przykryć, by zbytnio nie wysechł i odstawić do wystygnięcia. Gdy wołowina zmięknie dodajemy do zupy warzywa. Można wrzucić wszystkie od razu, lub na początku samą marchew, seler i pietruszkę, a dopiero później pora, cebulę, włoską kapustę i nać selera, by się za bardzo nie rozpadły. Warzywa gotujemy do miękkości, dalej na wolnym ogniu i dalej nie przykrywając garnka. W trakcie gotowania możemy dolać wody, gdyby nadmiernie się wygotowała. Na koniec przyprawiamy zupę. Jeśli trzeba, dosypujemy soli, można też dodać jakąś warzywną przyprawę typu "Vegeta". Rozmyślnie piszę "typu Vegeta", samej "Vegety" nie polecam, gdyż zawiera glutaminian sodu. O wiele lepsze są mieszanki suszonych warzyw z odrobinką soli, które można kupić w sklepach z naturalną żywnością. Też poprawiają smak, ożywiają kolor zupy, a z pewnością mniej szkodą. Zupę podajemy z makaronem i posiekaną zieleniną. Świetnie smakuje ze szczyptą świeżo zmielonego czarnego pieprzu. Dla odmiany można też rosół przyprawić lubczykiem.


To, co mnie zawsze zadziwiało w wielu domach, to fakt, że rosół podaje się czysty, jedynie z makaronem. Warzywa zostają w garnku i jeśli nie trafią do jakiejś sałatki, to lądują w koszu. U mnie w domu coś takiego byłoby nie do pomyślenia. Warzywa są pełnoprawną częścią potrawy i zawsze znajdzie się dla nich miejsce na talerzu. Powiem więcej, nieoficjalna nazwa tej zupy brzmi "rosół ze szkarbołami" i wszystkie te "szkarboły" z wielką ochotą zjadamy :)

Mięso z rosołu można zmielić i przeznaczyć na farsz do pierogów. Można też dodać do niego przesmażoną z cebulką czerwoną paprykę, a także kukurydzę z puszki lub czerwoną fasolkę. Takie nadzienie świetnie nadaje się do naleśników "po meksykańsku", które mogą stać się obiadem na następny dzień.

Smacznego!

piątek, 8 października 2010

Before&after: część I - młynek

Czasem coś, co wygląda jak nowe i nieużywane można w jednej chwili zepsuć i doprowadzić do ruiny. Przykład - Toyota przed i po wypadku ;) Ale czasem bywa zupełnie na odwrót. Stary, funta kłaków nie warty klamot może zyskać nowe życie, gdy się nad nim pochylić i poświęcić trochę czasu na jego "rewitalizację". Ponieważ od jakiegoś czasu próbuję swych sił w technice decoupage, więc siłą rzeczy wyżywam się artystycznie również na takich starych, mało estetycznych przedmiotach, wyznając zasadę, że jak zepsuję, to przynajmniej nie będzie ich żal :)

Efekt moich zmagań prezentują poniższe zdjęcia. Na pierwszym drewniany młynek w stanie naturalnym, tj. wygrzebany z czeluści jakiejś dziadkowej szafy.


I drugie zdjęcie - młynek stylizowany na użytkowy do mielenia kawy, z krawędziami postarzanymi techniką shabby chic.


Zdaję sobie sprawę, że nie jest to jakieś olśniewające dzieło, zresztą na zdjęciu widać niedoróbki i niewprawną jeszcze rękę początkującej dekupatorki, za jaką się uważam. Niemniej sam fakt, że w stary przedmiot można tchnąć nowe życie i znów uczynić go znośnym estetycznie, daje niesamowitą frajdę. W kolejnych odsłonach postaram się zaprezentować jeszcze inne, "zmartwychwstałe" dzięki moim wysiłkom, obiekty użytkowe :)